Chronica Genusmuto Logo

Chronica Genusmuto Logo

Pasek

sobota, 9 września 2017

Rozdział XIII

Zmełłem w dłoniach długi, soczyście zielony liść o delikatnej fakturze i zlizałem z palców pozostawiony po nim sok o słodkawym, nieco cierpkim smaku. Zawsze uważałem, że pierwotne substancje psychoaktywne miały w sobie więcej uroku niż chemia. Saliwia co prawda nie miała działania narkotycznego ściśle trzymając się definicji. Jedynie rozjaśniała umysł i wyostrzała zmysły, co czyniło ją jedną z moich ulubionych roślin. A co najważniejsze, jej skład w jakiś dziwny sposób nie neutralizował się w moim organizmie tak dobrze, jak inne, dużo mocniejsze dla ludzi środki, więc i wrażenia były bardziej zauważalne.
Przeszedłem przez polanę i usiadłem na dużym, płaskim kamieniu przy wodzie. Było zadziwiająco ciepło jak na koniec kwietnia, a nagrzana południowym słońcem, otwarta przestrzeń potęgowała tylko to uczucie. Przymknąłem oczy, wystawiając twarz do lekkiego wiatru uciekającego spomiędzy drzew i wsłuchałem się w jednostajny szum przepływającego strumienia.
Xin’ai miała rację. Sam nie wiedziałem, czego szukam, wiedziony bezsensowną intuicją zamiast zdrowym rozsądkiem. Chociaż, może ktoś kiedyś już stworzył coś takiego jak Gwiazda Śmierci i wiedział, dlaczego działa… nie, to niedorzeczne! Przecież gdyby taki „cudowny narkotyk” powstał wcześniej, z pewnością byłby obecnie największym hitem świata czarnej nocy. A już co najmniej byłby gdzieś odnotowany. Z drugiej strony, jeśli nie w kronikach kokko, to gdzie? Pozostawała jeszcze sprawa Xin’ai samej w sobie. Była dziwna i… nie pachniała człowiekiem. Tak, to chyba dobre wyrażenie. Nie mogłem zaprzeczyć, że czułem jej zapach - nieco słodki i słony niczym zioła, a w dodatku w pewien sposób uwodzicielski. Ale z pewnością nie był to zapach normalnego człowieka: zapach potu, tłuszczu i krwi. Ten zapach wydawał się dużo szlachetniejszy, taki… elegancki. W dodatku zniknął tuż po zniknięciu jego właścicielki, a pojawił się dopiero, gdy ją zauważyłem, tak, jakby był wcześniej i później maskowany. No i same słowa kobiety. Dość enigmatyczne w swojej lakoniczności i pozostawiające w umyśle jakiś dziwny niepokój. Przecież nie żyjemy w jakiejś pieprzonej Narnii, żeby magiczne przejścia do innych światów były normalne! Chociaż, przecież wszystko układało się w aż nazbyt spójną całość, by mogło być efektem fantazji. Sam nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć… Jedno natomiast było pewne - musiałem jeszcze raz dostać się na teren podziemi i tym razem już tak łatwo nie odpuścić!
Przechodziłem pomiędzy rzędami wysokich na kilka metrów regałów, zastawionych dość ciasno zakurzonymi książkami. Czułem się między nimi niczym główny bohater w starych filmach podróżniczych o bibliotekarzu i oczekiwałem równie niezwykłych widoków za każdym zakrętem. Jako, że sam nie wiedziałem, gdzie iść, postanowiłem zdać się na szczęśliwy traf i podążyć za intuicją. Na szczęście Xin’ai już nie spotkałem na swojej drodze.
Wydawało mi się, że powoli przechodziłem w nowsze partie biblioteki. Nagle moją uwagę przykuła jedna z książek - leżące na wysokości wzroku, grube na jakieś tysiąc kartek tomiszcze w twardej okładce w kolorze zgniłej zieleni. Wystawała nieco z rzędu pozostałych woluminów, jak gdyby chciała być przeze mnie zauważona.
Przecież mnie nie zje. Sięgnąłem po książkę i ostrożnie wysunąłem ją, zakrywając drugą ręką twarz przed prawie idealnie czarnym kurzem. Książka okazała się znacznie cięższa niż bym przypuszczał. Omal nie upuściłem jej na ziemię pod ciężarem metalowych okuć. Rozejrzałem się dookoła, ale nie widziałem nigdzie dogodnego miejsca do czytania, dlatego tylko osunąłem się do kucek i przysiadłem, opierając plecy o regał. Później pewnie będę tego żałował…
Przedramieniem zgarnąłem tłustą warstwę pyłu, po czym otworzyłem księgę na pierwszej stronie. Aż mnie zatkało, gdy zobaczyłem eleganckie chińskie pismo wyraźnie namalowane pędzelkiem maczanym w zszarzałym już nieco tuszu: „1900-1996 rok: Kronika rodzinna tom 24. Migxia Guiye, Qiao Guiye, Yongnian Guiye, Liwei Guiye”.
- Yongnian - wyszeptałem, uśmiechając się niezbyt mądrze do kartki. A więc tak prawdopodobnie miał na imię mój dziadek. Gdy tylko wypowiedziałem to słowa, książka zleciała z moich kolan na ziemię. Syknąłem zirytowany i podniosłem ją, podświadomie zostawiając otwartą tak, jak zleciała. - Oż kurwa! - wyszeptałem, widząc wykaligrafowane pochyłym pismem:
6 marca 1967 - Qiao Guiye, głowa rodu Guiye został dziś pochowany z należnymi mu honorami. Opiekę nad rodziną, podległymi jej ludźmi, dziedzictwem oraz terenami przejmuję ja - Yongnian Guiye. […]”.
- Co jest, do cholery jasnej, grane? Książka się sama otwarła tam, gdzie powinna… - nie, to przecież idiotyzm! Zbyt dużą wagę przykładam do przypadków.
Postanowiłem czytać dalej. Im bardziej zagłębiałem się w tekst, tym bardziej byłem zafascynowany, a jednocześnie przerażony tym, co czytałem. Z tekstu wynikało kilka rzeczy, których w życiu bym nie podejrzewał - po pierwsze: moja rodzina od pokoleń prowadziła triadę… yakuzę… coś pośredniego między oboma. Według dość sporadycznych i zdawkowych wspominek nazywało się to Hei Meigui Lianmeng i składało w większości z różnych Genusmuto. W całym swoim życiu spotkałem może piątkę zmiennokształtnych, a przed moimi oczyma widniało wspomnienie co najmniej czterech różnych gatunków, każdy reprezentowany przez kilka osób o różnych pozycjach mafijnych. Zagadką pozostawała dla mnie postać nazywana przez dziadka Mogui. <<Hei Meigui Lianmeng, chiń. 黑玫瑰联盟 - Bractwo Czarnej Róży. Mogui, chiń. 魔鬼 - demon, złe: przyp. aut.>>
Dziadek opisywał życie mafii, jak i prywatne rodziny. Z jego zapisków wynikało, że w posiadaniu Guiye były świątynia Inari Kon-Kokko, posiadłość w Meguro niedaleko świątyni, trzy mniejsze wille w okolicach Tokio, jedna gdzieś w Hokkaido, małe źródło termalne w okolicach Atari, a jej wpływy sięgały niemal całych prefektur Tokio i Katagawy.
Sprawy w Bractwa zaczęły się jednak komplikować, a obszar zależny od niej kurczył się w zastraszającym tempie przez napływ nowych grup, w tym w dość dużej mierze chińskich i amerykańskich. Najgorsze jednak miało dopiero nadejść.
Według zapisków dziadka w… pewnej chińskiej mafii... zastępcą bossa był człowiek nienawidzący Genusmuto całym sercem, a przy tym posiadający umiejętności rozróżniania ich od zwykłych ludzi. Namówił on pokojowo nastawionego do tej pory bossa, by zerwać porozumienie miedzy triadami i zaatakować grupę prowadzoną przez dziadka. Niczego niespodziewający się Genusmuto nawet się nie bronili zbytnio, gdy w środku nocy zostali zaatakowani przez, tak przynajmniej myśleli, przyjaciół. Zabito praktycznie wszystkich, z małymi wyjątkami ludzi, którym udało się uciec lub przebywali wtedy gdzie indziej. Na pogrom wystarczyła jedna noc. 28-29 kwietnia roku 2001.

~~^.^~~

Czułem się zdruzgotany. Wszystko… wszystko, w co wierzyłem legło w gruzach. Całe moje życie było jedną, wielką mistyfikacją. Jakimś czarnym kleksem pierdolniętym przez chorego psychicznie bożka gdzieś tam w scenariuszu komedii - zwykły element komiczny niewysokich lotów. A reszta tej zgrai z popcornem w dziobie przyglądała się, dowcipkując sobie i zastanawiając się, kiedy wreszcie się zorientuję, jaka była prawda.
- Zgaduję, że wreszcie wiesz, o co pytać - usłyszałem obok siebie kobiecy głos i uniosłem wzrok. Obok mnie stała z założonymi rękoma Xin’ai.
- Chyba aż za dobrze - odpowiedziałem w końcu łamiącym się głosem.
-  Może przejdziemy w bardziej odpowiednie do takich rozmów miejsce, co? - zaproponowała, a jej poważne, głębokie oczy w jakiś dziwny sposób mówiły mi, że wie dobrze, co właśnie przeczytałem i ile to dla mnie znaczy.

~~^.^~~

Przez chwilę panowała między nami cisza, przez którą Xin’ai przyglądała mi się badawczo. W końcu westchnęła i wstała do wtóru skrzypiącego harowania nóg drewnianego krzesła o kamienną posadzkę. Byliśmy w małej salce zawalonej leżącymi bez ładu książkami i zwojami. Niemal przy każdym większym ruchu można było strącić, przewrócić, bądź nadepnąć jakiś tom, a wtedy po całym pomieszczeniu rozchodziła się stęchła woń kurzu i zgnilizny, przez którą już nawet mole nie potrafiły się przegryźć. Naprawdę nie rozumiałem, jak można było taką graciarnię nazywać „gabinetem”.
- To co, masz jeszcze jakieś pytania? - odezwała się w końcu kobieta, kładąc dwa palce na ziemi w doniczce z przywiędniętym filodendronem.
- Tylko jedno - odpowiedziałem po chwili namysłu. - Czym jesteś?
- Nie ładnie tak zapominać, co? Przecież ci już się przedstawiałam, jestem Xin’ai…
- Nie o to mi chodzi - przerwałem jej z mocą. - Nie KIM jesteś, tylko CZYM - kobieta przez chwilę popatrzyła na mnie, jak gdyby zastanawiając się, czy może odpowiedzieć na to pytanie. W końcu wypuściła z siebie głośno powietrze i wyprostowała się.
- Jestem kokko - powiedziała, a ja już miałem zaprotestować, gdy uciszyła mnie gestem ręki. - Nie Homo Vulpes, Genusmuto, tylko kokko. Czystokrwistą.
- Chcesz powiedzieć, że… - patrzyłem na nią z niedowierzaniem. Przecież to nie mogła być prawda. Przecież…
- Jestem youkai, mogui, devil, demonem, jak ci wygodnie. Jakieś siedem wieków temu Łowcy zmietli z powierzchni ziemi większość moich pobratymców, a ja… cóż, a ja wolałam przeżyć niż „godnie umierać”. Coś jak u Machiavellego. W końcu jestem lisem - Xin’ai tylko wzruszyła ramionami, po czym wlała absurdalną ilość starej, zakisłej wody do doniczki. - Prawie jak ten kwiatek - machnęła lekceważąco ręką w stronę filodendrona. - Za stara na śmierć, ale w permanentnych stanie przedagonalnym. Nie byłam już na powierzchni od tak dawna, ze wątpię, by było to jeszcze kiedykolwiek możliwe. Nie, żeby mi tu było źle. Mam pełno książek, sufit nad głową, nawet w środku zimy temperatura utrzymuje się koło dwudziestu stopni, a jak się zna Memoriae, to można dojść do wody, czy ziół, więc na głód nie narzekam. Czego jeszcze więcej można chcieć? - wydawało się, że kobieta chce coś jeszcze powiedzieć, dlatego cierpliwie czekałem na obrót wypadków. Dla mnie słowa Xin’ai były absurdalne. Gdzie jakakolwiek wolność? Swoboda, przyjemność z obcowania z innymi… Za dzieciaka bawiłem się, że jestem starym demonem i mam kilkaset lat. Teraz, patrząc na zachowanie Xin'ai, zaczynałem wątpić, by był to przywilej, a nie kiepski element komiczny o charakterze klątwy.
- Nigdy nie chciałaś tego skończyć? - nie wytrzymałem w końcu i przerwałem milczenie.
- Mówisz o śmierci? Tak, rozważałam kilka razy takie rozwiązanie. Nigdy się na nie nie zdecydowałam. Chyba za bardzo nie cierpię dawać wygrać innym. Ale nie zagaduj mnie, powinieneś już się stąd wynosić. I to jak najszybciej.
- D-dlaczego? - spytałem, skołowany nagłą zmianą tematu. Jeszcze chwilę temu nie przypuszczałbym, że kobiecie przeszkadza moje towarzystwo.
- Czy to nie oczywiste? - prychnęła wzgardliwie. - Memoriae nie należy do świata ludzi, ma swoją własną czasoprzestrzeń. Nie zdziwiłabym się, gdyby na górze minął już rok, czy dwa i wszyscy dawno sobie dali spokój z szukaniem cię. Albo parę sekund, zależy od humoru wymiaru. Wracaj lepiej na górę póki masz pewność, że biblioteka nie odwinęła numeru ze znikającym stuleciem. I radzę ci dobrze przemyśleć, co chcesz dalej robić - stwierdziła, po czym zniknęła niemal równie szybko, co za pierwszym razem.

~~^.^~~

Długim krokiem przechodziłem z kładki na kładkę, starając się za wszelką cenę nie zamoczyć butów. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że po kontakcie podeszew z otwartą wodą przez najbliższy tydzień prowadziłbym nierówną walkę o zachowanie kształtu i wytrzymałości swoich ulubionych trampek.
Xin’ai miała rację. Nie powinienem się zbytnio unosić dumą rodową i ryzykować własną skórę. Może i bohaterowie umierają piękną śmiercią, ale to tchórze i oportuniści żyją długo i szczęśliwie. Z drugiej strony, moje serce rwało się do pomszczenia tak bezsensownej i brutalnej śmierci, jaką poniosło wielu moich przodków. Dziadek, jego matka, piątka kuzynów, niemal cała Hei Megui Zhandui. A potem i ojciec, jeśli wierzyć niejasnym zapiskom z lat ubiegłych i przypuszczeniom Xin’ai. A wszystko przez… Uch, jak oni mogli?! Doprawdy, jeszcze pożałują igrania z kitsunebi! <<gra słów. Kitsunebi - błędne ogniki, dosł. lisi ogień; przyp. aut.>>
Zeskoczyłem z ostatniej kładki na suchy ląd i skierowałem się do budynku, w którym spodziewałem się zastać Horacio. Miałem ochotę jak najszybciej… Nie! Hei, do cholery jasnej, uspokój się! Nie pamiętasz, co obiecałeś Xin’ai?! Przystanąłem na chwilę, by wziąć głęboki wdech. Nieco chłodne, czyste powietrze rozeszło się po moim organizmie aż do płuc, a z wydechem niemal fizycznie poczułem, jak wypływa ze mnie nadmiar złych emocji. Nie powinienem działać zbyt pochopnie, jestem lisem, a nie lwem.
- Paniczu kokko! - natknąłem się na jedną z mniszek, kobietę w średnim wieku z pierwszymi oznakami ofensywy czasu na organizm ludzki. - Wszyscy pana szukają, pani Horacio jest wściekła. Co się z panem…
- Nie teraz - przerwałem jej gestem ręki. - Gdzie jest Horacio? Muszę z nią porozmawiać.
- W swoim pokoju, ale lepiej nie…
- Dzięki - kiwnąłem kobiecie głową i już chciałem odejść, gdy przez głowę przeleciała mi jeszcze jedna myśl. - Który dzisiaj jest?
- To pan nie wie? Dwudziesty ósmy, poniedziałek.
- Czyli nie było mnie dwa dni, tak?
- Tak, ale… - nie dałem dokończyć kobiecie. Dwa dni, co? Nie aż tak źle trafiłem.
Bez zastanowienia wszedłem do pokoju Horacio, starając się jak najlepiej zignorować szepty mnichów i ukradkowe spojrzenia. Nie cierpiałem znajdować się w centrum uwagi, rzadko kiedy kończyło się to dla mnie dobrze. Nie mogłem teraz jednak uniknąć zainteresowania mną. Gdy tylko przekroczyłem próg, napotkałem spojrzenie Horacio. Powiedzieć, że była wściekła, byłoby jak powiedzieć, że menel z pustostanu nie jest milionerem.
- No nareszcie jaśniepan raczył nas odwiedzić! Cóż to się stało, że majestat uświęcił nasz dzień swym nagłym objawieniem?! - wrzasnęła, a ja mimowolnie niemal skuliłem po sobie uszy. Dwójka towarzyszących jej mnichów popatrzyła na siebie z przestrachem i wstała, by zniknąć w parę sekund za bocznymi drzwiami pokoju i znaleźć się jak najszybciej jak najdalej. - Jak trzeba być głupim, żeby zniknąć w momencie, gdy ściga cię połowa tokijskiej mafii, co?! Czy ty sobie, wyobrażasz, że…
- Cisza! - wrzasnąłem, starając się ją przekrzyczeć. Wiedziałem, że jeśli tego nie zrobię, skończy się awanturą na temat mojej nieodpowiedzialności i nawet nie będę miał szans poruszyć tego tematu, z którym tu przyszedłem. Niemniej jednak nawet ja się dziwiłem ze swojej odwagi. - Teraz ja mówię, a ty milczysz - dodałem twardo. Kobieta umilkła, a w jej oczach przez chwilę zauważyłem po raz pierwszy szacunek. A przynajmniej w to chciałem wierzyć. - Jak śmiałaś zataić przede mną, co się stało dwadzieścia lat temu? Dobrze wiedziałaś, kim byli moi przodkowie i jak umarli, i nawet nie zająknęłaś się. Myślałaś, że się nie dowiem, co jest grane? Albo nie, wiem!, ostatnio ci się nudziło, więc stwierdziłaś, że oglądanie, jak szczyl niszczy honor przodków będzie ciekawą formą rozrywki, nie? Cisza, teraz ja mówię! - krzyknąłem ponownie, gdy kobieta otwarła usta i chciała coś odpowiedzieć. - Jeśli myślałaś, że zostawię to bez konsekwencji tylko dlatego, że jesteś zwierzchniczką Inari Kon-Kokko, to się mylisz, i to grubo. Na razie zastanowię się, co zrobić, ale jeśli jeszcze raz się dowiem, że zataiłaś przede mną jakieś ważne kwestie lub mnie okłamałaś, to osobiście zrobię ci herbatkę z rącznika - ostatnie słowa niemal wysyczałem. - Rozumiemy się? <<rącznik pospolity - naturalne źródło rycyny (silnej trucizny), zwłaszcza w nasionach; przyp. aut.>>
- Tak - westchnęła w końcu kobieta, ale widziałem po niej, że zgodziła się jedynie dla świętego spokoju.
- Rozumiemy się?! - powtórzyłem z mocą przez zęby.
- Tak jest, paniczu kokko - tym razem była to szczera odpowiedź. Czułem, że mogłem wtedy wszystko i bynajmniej nie było to nieprzyjemne uczucie.

~~^.^~~

Uklęknąłem i pociągnąłem za dywan, chcąc go odsunąć. Sam nie wierzyłem, że cokolwiek znajdę.
- O cholera - wyszeptałem sam do siebie, widząc w drewnianej podłodze wyraźne „rysy” tworzące równy kwadrat. Przejechałem opuszkami po jej krawędzi, aż w końcu odnalazłem miejsce, gdzie wgłębienie było większe niż gdzie indziej i wsunąłem w nie palce, po czym pociągnąłem mocno w górę. Moim oczom ukazała się wykuta skrytka, a w niej lakowe pudełko. Wyciągnąłem je, siadając wygodnie na podwiniętych nogach, po czym ostrożnie otworzyłem. Jak powiedziała mi Xin’ai, w środku znajdowała się długa, cienka igła i czarna kulka o niezbyt regularnym kształcie i jakiś dwóch centymetrach średnicy w najszerszym obwodzie.
Wziąłem do ręki igłę i przyjrzałem się jej. Nawet bez sprawdzania widziałem, że jest naprawdę ostra i bez trudu przebije ludzką skórę prawie bez wiedzy „ofiary”. Sama część przeznaczona do kłucia była nie dłuższa jak dwa centymetry, ale razem z chropowatym, grubym na szerokość patyczka higienicznego trzonkiem do trzymania była nieco dłuższa od mojej dłoni. INtrygowało mnie, jakim cudem wyglądała, jak gdyby ktoś ją wyprodukował wczoraj chociaż przeleżała w skytce ponad dwadzieścia lat, a wcześniej całe stulecia w Memoriea.
Spróbowałem nakłuć igłą kulkę. Początkowo napotkałem na bardzo silny opór, prawie jakbym chciał przekłuć drewno. W pewnym momencie igła niemal wpadła w płynną zawartość, a na powierzchni bryłki pojawiła się czarna, gęsta kropla.
- Ja pier… to wszystko prawda - wyszeptałem sam do siebie i podekscytowany przeszedłem do lustra. Przez chwilę walczyłem z emocjami, żeby jak najbardziej wygładzić skórę twarzy. W końcu wykonałem pierwsze ukłucie, tuż pod prawym okiem.
Niemal krzyknąłem z bólu, sam się dziwiąc swojej reakcji. Natychmiast wysunąłem igłę, mrużąc oko i przyjrzałem się efektowi w lustrze. Spod rzęs ledwie dostrzegalna była mała, nieco rozmyta, czarna kropeczka. Wziąłem głęboki wdech i otworzyłem oko, po czym wsunąłem igłę w szparkę w kulce, mocząc koniec w płynie.
Następny raz już nie był aż tak bolesny. Może i dlatego, że tym razem, pomny na poprzedni raz, zrobiłem to delikatniej i płycej. Czułem wciskaną siłą obcą substancję, ale dość szybko stało się to nieprzyjemnym, acz znośnym uczuciem mrowienia, a nie bólem. Może po prostu się wyrabiałem.
Po jakiejś godzinie było już po wszystkim. Ciągle mrugając i walcząc z przemożną chęcią przetarcia prawego oka przyglądałem się tatuażowi czarnej łapki, jaki nosili kiedyś wszyscy mężczyźni z rodu Guyie. A przynajmniej tak twierdziła Xin’ai, a ja nie miałem powodu, by jej nie ufać.
Odczekałem chwilę, aż poczułem cieniutką warstwę skorupy pod okiem, a następnie uczucie gorąca przeszło w chłód. Poszedłem do łazienki, by zmyć pozostałości po zabiegu. Według opowieści kobiety substancja, z której przygotowany był niegdyś dla mojego ojca pigment natychmiast wchłania się w komórki, tworząc niezmywalną, niezwykle trwałą strukturę opracowaną wieki temu jeszcze przez demony kokko do znaczenia ciał swoich potomków. Gdy wreszcie pozbyłem się nadmiaru tuszu i wytarłem ostrożnie jednorazowym ręcznikiem tatuaż, westchnąłem z ulgi. Zerknąłem z duże, łazienkowe lustro zawieszone nad umywalką i uśmiechnąłem się sam do siebie. Rysunek nie był bardzo krzykliwy, ale zdecydowanie przełamywał mdły do tej pory wygląd nutką indywidualizmu i ekstrawagancji.
- Nie ma już odwrotu, co? - spytałem swojego odbicia w lustrze, ale nie wydawało się ono być zbyt rozmowne.
Gdy wróciłem do pokoju, zastałem w nim Soujirou, przeglądającego coś w szafie efektami moich badań.
- Czegoś konkretnego szukasz? - zagadnąłem, opierając się biodrem o ścianę.
- Tak, czegoś, co by pomogło cię zna… Hei! - mężczyzna dopiero po chwili zorientował się, czyj głos słyszy. Był naprawdę uroczy. - Matko jedyna, Hei, gdzieś ty był? Nawet nie wiesz, jak się o ciebie martwiłem!... to jest tatuaż?
- Łaziłem tu i tam, przemyślałem parę spraw i tak wyszło - uśmiechnąłem się pod nosem, zdając sobie sprawę, jak to musi brzmieć. - Wiesz, coś jak podróż w głąb siebie, tylko jeszcze połączona z podróżą w głąb lasu - przygryzłem figlarnie język i wywróciłem oczyma. Soujirou podszedł do mnie i… przyciągnął mocno do siebie, przytulając tak, jak gdyby chciał mnie wchłonąć w siebie. Nie jak brat. Nie jak przyjaciel. Jak kochanek.
Zgłupiałem.
- C-co ty robisz? - wyjąkałem, odpychając się od nieco nagrzanego torsu Soujirou. Pod palcami czułem jego mięśnie, zakryte jedynie cienką bluzką. Był tak blisko. Taki rzeczywisty i pociągający. A jednak… - Dobrze wiesz, że nie powinieneś mnie tak prowokować, to się źle skończy - stwierdziłem, wyszarpując się z jego uścisku. Później pewnie będę tego żałować... już żałowałem.
- A co, jeśli chcę, żeby się źle skończyło? - spytał ze śmiechem, a ja jedyne, co byłem w stanie zrobić, to popatrzyć na niego nierozumiejącym nic wzrokiem. Soujirou zaśmiał się ponownie. - Myślałem, że się ucieszysz. Do tej pory to ty cały czas próbowałeś mnie sprowokować.
- No tak, ale przecież… - Jak za chwilę zza firanki lub spod łóżka wyskoczy prezenter wrzeszcząc „mamy cię! Tam jest ukryta kamera”, to mruknę jedynie znudzone „wiedziałem” i pomacham pokładającym się ze śmiechu widzom do obiektywu…
- Powiedzmy, że nie tylko ty dużo myślałeś przez te dwa dni - stwierdził po chwili zawahania i uśmiechnął się delikatnie. Uch… nie można być AŻ TAK seksownym!
- Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, jak beznadziejna stała się właśnie twoja sytuacja - wymruczałem, zaplatając ręce na karku Soujirou. Aktor był ode mnie wyższy o kilka centymetrów, a jego buty na wysokich podeszwach i moje trampki jedynie pogłębiały tę różnicę, ale byłem przyzwyczajony do większych ode mnie mężczyzn. Sięgnąłem jego ust, a Soujirou przez sekundę instynktownie próbował się cofnąć. Dość szybko powstrzymał się przed tym i pozwolił mi się pocałować. - Sprawdzimy, ile potrafi ten sławny heartbreaker - dodałem po jakiejś minucie, gdy nasze usta się rozłączyły. Smakował nieco słonawo i słodko, przywodząc na myśl dziki miód. Oblizałem szybko usta i oparłem głowę na jego ramieniu, wsuwając nos we włosy mężczyzny. Miały przyjemny zapach szamponu połączonego z męskim potem, skórą i perfumami na bazie piżma. Zamruczałem zadowolony i przesunąłem jedną dłoń w górę, wplatając palce między sztywne włosy Soujirou.
- To co, mały wypad na miasto? - spytałem, przygryzając lekko dolną wargę aktora. - Inari Kon-Kokko nie jest zbyt romantycznym miejscem, co?
- Dlaczego, mi się podoba? - po głosie Soujirou i lekkim spięciu mięśni wyczułem, że czuł się zawiedziony moją propozycją. Ta gra zaczynała mi się naprawdę podobać.
- Och, proszę cię. Kazałeś mi czekać ponad dwa tygodnie, a dla mnie to rzadkość. Więc teraz to ty poczekasz jeszcze pół dnia - odpowiedziałem zalotnie, przejeżdżając językiem po policzku mężczyzny. - Chyba nie masz aż tak dużych problemów z samokontrolą, prawda?
- Nie boisz się, że ktoś cię znajdzie? W końcu siedzisz tu, żeby się ukryć przed kimśtam - Soujirou kciukiem skorygował ułożenie mojej głowy tak, by spojrzeć mi prosto w oczy. Jego lśniły, podkreślając rudawy brąz tęczówek.
- Nie aż tak bardzo, by odmówić sobie tej przyjemności. Jestem lisem, więc robię to, na co mam ochotę - stwierdziłem, wzruszając ramionami na tyle, na ile pozwalało mi na to ułożenie ciała. - A teraz mam ochotę na coś z naprawdę górnej półki - dodałem po chwili szeptem prosto do ucha mężczyzny. Ten popatrzył na mnie kątem oka z zaciekawieniem.

2 komentarze:

  1. ...Kiedy minęło te XIII rozdziałów?

    "- Cisza! - wrzasnąłem, starając się ją przekrzyczeć." Najwyższa pora Hei. Irytowała mnie ta kobieta.

    "- Tak, czegoś, co by pomogło cię zna… Hei! - mężczyzna dopiero po chwili zorientował się, czyj głos słyszy. Był naprawdę uroczy." Już trzecia osoba, która uważa, że Soujirou jest uroczy w swojej nieporadności.

    Chyba wolę nowoczesną metodę wykonywania tatuażu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie? Jak ten czas zatranżala :)

      Wszyscy kochamy starsze panie "z charakterkiem" i syndromem króla.

      Trzecia? Hei, ja i... ty? Jyuuro?

      Hei chyba też. No ale, z tradycją nie wygrasz.

      Usuń

Komentarze wulgarne, obraźliwe lub w inny sposób naruszające netykietę usuwam. Proszę na nie nie reagować.
Komentarze niedotyczące bloga proszę umieszczać w zakładce SPAM, inaczej zostaną one usunięte. Dziękuję za wyrozumiałość.