Chronica Genusmuto Logo

Chronica Genusmuto Logo

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Rozdział VIII

Od spalenia laboratorium minęło nawet nie pół godziny, a Czerwona Twierdza niemal dosłownie stanęła na nogach. Nie byłem pewny, czemu, ale miałem niejasne przeczucie, że lepiej się w takiej sytuacji nie pokazywać nikomu i przejść niezauważonych.
Miałem właśnie wysunąć się zza na wpół zburzonego pomnika i przebiec ostatni odcinek dzielący mnie przed przekroczeniem granicy wpływów Czerwonych Sztyletów, gdy nagle ktoś pociągnął do tyłu. Spróbowałem krzyknąć, ale napastnik od razu przesłonił mi usta ręką.
- Cicho, bo oboje źle skończy… - przerwałem mu, próbując wystosować cios z łokcia w tył, jednak agresor był wyraźnie na to przygotowany i zablokował mój ruch. - Hei, to ja! - krzyknął, obracając mnie przodem do siebie i przypierając do muru. Przed sobą zobaczyłem młodego Chińczyka.
- Shen… Do cholery, nie strasz mnie tak więcej - westchnąłem ciężko, opadając na niego i opierając swoją głowę o jego bark.
- Przepraszam, że nie zapytałem o pozwolenie na uratowanie ci tyłka - stwierdził ironicznie i wskazał ruchem głowy ulicę przed sobą. Wychyliłem się nieco i zobaczyłem szeregowego soldato, wyraźnie rozglądającego się w poszukiwaniu kogoś lub czegoś. - Słuchaj, Hei, miałem nadzieję, że do tego nie dojdzie tak szybko, ale sprawa jest grubsza niż by się wydawało. Ale lepiej nie tutaj, znasz jakieś bezpieczne miejsce? Takie, którego nikt ze Sztyletów nie zna? Z twoim obecnym statusem lepiej, żeby nas nie znaleźli.
- No mniej wię… chwila! Jakim moim statusem? - spytałem, patrząc Shenowi prosto w oczy. Był poważny i nieco spięty, to na pewno. Ale w jego oczach widziałem coś jeszcze, choć sam nie byłem pewny, co to za emocja.
- To ty o niczym nie wiesz? - spytał Chińczyk, ciągnąc mnie za sobą. - Po napadzie Smoków Hau powiedziała, że widziała cię z jakimś podejrzanym typem z tatuażem smoka na łydce. Bahaj podburzył wszystkich, włącznie z ojcem, przeciwko tobie i zostałeś uznany za kolaboranta. Chyba nie muszę ci tłumaczyć, że zdrajcy nie mają co liczyć na wysłuchanie swoich racji i dokładne dochodzenie, nie? Zwłaszcza po tym, jak wysadziłeś Chue i zabiłeś ludzi Zu.
- Shen, ja nie… - zacząłem, ale tym razem to mi przerwano.
- Wiem, że nic byś jej nie zrobił. Ale tak to wygląda, a Hau zadbała, żeby nikt nie pomyślał o innych wnioskach. Hei, musisz zniknąć i to na dość długo. Już wczoraj chodziły plotki, że chcą na ciebie zrzucić odpowiedzialność, więc spotkałem się wieczorem z Zu. Powiedział, że spróbuje wybadać co i jak, ale to trochę może potrwać. Póki co, musisz dopilnować, żeby nikt cię nie dopadł i zaufać nam, innej opcji nie widzę. Więc, gdzie ta twoja miejscówka? - spytał, gdy doszliśmy wreszcie do jego najszybszego samochodu - czerwonego, agresywnego Ferrari o wyglądzie przypominającym przyczajoną panterę.
- Nazwa i tak ci nic nie powie. Wsiadaj, pokieruję cię.

~~^.^~~

Shen przestawił skrzynię biegów na wolne obroty i rozejrzał się po okolicy.
- Jesteś pewny, że dobrze jedziemy? - spytał z powątpiewaniem, rozglądając się dookoła. Toczyliśmy się wąską uliczką jednej z najstarszych części Meguro. Uśmiechnąłem się lekko.
- Możesz mi przypomnieć, kiedy ostatni raz się gdziekolwiek zgubiłem? - mężczyzna popatrzył na mnie kątem oka i westchnął głośno.
- Dobra, dobra, panie GPS. To gdzie teraz? - zapytał w końcu.
- Następne skrzyżowanie w lewo i do końca drogi - oznajmiłem spokojnie. Przed nami słońce właśnie górowało, więc podejrzewałem, że nasz cel podróży będzie niemal opustoszały.
Mina Shena zrzedła zupełnie, kiedy wreszcie dojechaliśmy. Popatrzył na mnie niepewnie, ale tylko kiwnąłem głową, więc wjechał na parking i zatrzymał się. Poczekałem, aż wyłączy silnik i odepnie pas. Wyszedłem, uśmiechnięty przyglądając się skonsternowanej minie mężczyzny.
Za nami znajdowały się ostatnie, tradycyjne domy parterowe, a zaczynał regularny las. Nawet uliczka kilkaset metrów temu przestała być brukowana i staliśmy w otoczeniu świeżej, wiosennej zieleni. Kilkadziesiąt metrów dalej kończyła się zwykła ścieżka, a zaczynała aleja Inari-torii. Wiedziałem doskonale, że było ich dokładnie 159 w rozstawie co metr dla utrzymania idealnej chińskiej harmonii, a na końcu postawiono czarno-złotą pai fang nawiązującą do chińskich korzeni świątyni znajdującej się za Niebiańską Drogą. <<Torii-czerwone bramy w świątyniach shinto (taisha). Inari-torii - rodzaj torii, znany powszechnie z alei w świątyni Fishimi Inari. Pai fang/pailou - chiński odpowiednik torii, dużo masywniejsze i bardziej zdobione; przyp. aut>>
- Idziesz? - spytałem Shena, zerkając przez ramię w jego kierunku. Mężczyzna kiwnął głową niepewnie, wyraźnie zastanawiając się cały czas, dlaczego przyprowadziłem go akurat do świętego przybytku. Przeszliśmy kawałek dzielący nas od alei, po czym obróciłem się przodem do Chińczyka i wykonałem teatralny ukłon. - Witam w moim rodzinnym przybytku, Inari Kon-Kokko - oznajmiłem z uśmiechem, a mężczyzna popatrzył na mnie jeszcze większymi niż dotychczas oczami.
- Chcesz mi powiedzieć, że twoja rodzina ma swoją własną świątynię?! Przecież nawet wielopokoleniowe rody byłych samurajów… - Shen nie dokończył, bo przerwał mu mój śmiech.
- Naprawdę nie doceniasz wpływów Państwa Środka na kwitnącą wiśnię - stwierdziłem. - Może i moja rodzina utrzymywała przez kilkadziesiąt pokoleń czystą chińską linię, ale i tak naprawdę długo już mieszkamy w Japonii. Przynajmniej okazjonalnie. A to jedna z pozostałości, zbudowana jeszcze zanim Edo zostało stolicą. Zresztą, z tego co mi mówił ojciec, to przeniesiono tu stolicę między innymi dlatego, że shogun poślubił jakąś Vulpes. Ja tam w to nie wierzę, no ale... - wzruszyłem ramionami lekceważąco.
- Jesteś pewny, że nikt się nie domyśli, żeby cię tu szukać, skoro masz tak mocne powiązania… ?
- Wiedziałeś o tym miejscu? - spytałem krótko. Shen popatrzył na mnie zdziwiony, po czym westchnął.
- Dobrze wiesz, że nie interesuję się sprawami religijnymi i zabytkami - odpowiedział w końcu.
- Ja też nie. Ostatni raz byłem tu jakąś dekadę temu - stwierdziłem lekko, wzruszając ramionami. Nie wierzyłem w bogów. W końcu sam miałem ponoć nim być, a nie poczuwałem się w najmniejszym stopniu do wszechmocy. A już tym bardziej do szczęścia nie byli mi potrzebni bogowie moralizujący i obrażeni na moją „grzeszną duszę”. - Zresztą, twoja mina jak tu przyjechaliśmy jest najlepszym dowodem na to, że to miejsce nadaje się idealnie na kryjówkę, nie?
Przeszliśmy przez całą aleję i wyszliśmy po kamiennych schodach na główny teren świątynny. Przed nami ciągnęła się długa, brukowana równymi kamiennymi blokami ścieżka, kończąca się dopiero przy widocznej z daleka głównej świątyni. Wystarczająco dużo nachodziłem się na szkolnych wycieczkach „edukacyjnych” i innych wymuszonych wypadach po przybytkach, by nie zwracać uwagi na typowo japoński układ świątyni shintoistycznej. Widziałem jednak, że Shen patrzy z niekrytym podziwem na mijane przez nas budynki i dekoracje. W końcu dotarliśmy do zupełnie niezwykłej części świątynnego kompleksu - dziedzińca przed świątynią główną.
Na jego środku stały dwie ogromne figury granitowych lisów siedzących z dumnie uniesionymi do góry ogonami. Statuy miały odwrócone od siebie łby i choć wiedziałem, że miało to symbolizować czujność we wszystkich kierunkach świata, moim pierwszym skojarzeniem były dwie nastolatki z syndromem focha. Po lewej stronie dziedzińca wyżłobiono w kamieniu naturalnie wyglądające dno dla sztucznie utrzymywanego jeziorka z wodą pompowaną prosto z górskiego źródła na zasadzie podobnej do niegdysiejszych akweduktów rzymskich. Przez środek zbiornika ciągnęła się ścieżka zbudowana z drewnianych kładek ustawionych na zanurzonych w wodzie kamieniach. Z naszej perspektywy nie było tego widać dobrze, jednak wiedziałem, że droga prowadzi przez cały staw, a dalej ścieżka ciągnie się pod właściwą, wiodącą przez kilka kilometrów, aleją torii aż do drewnianego dojo <<dojo - salka, w której adepci japońskich sztuk walk pobierają naukę; przyp. aut.>>. Jako że kokko kojarzone były z walką z demonami, świątynia miała nieco militarny charakter. Dawniej wierzono, że ścieżka kokko powinna być pokonana przez wojowników poszukujących harmonii i umiejętności rozróżnienia czynów szlachetnych od nikczemnych, dlatego też po dzień dzisiejszy mnisi w świątyni Inari Kon-Kokko dzień w dzień wstawali o świcie, by przejść szlachetną ścieżkę do dojo, gdzie czekał na nich mistrz stylu kokko-jutsu i nauczał niepowtarzalnej sztuki walki. A przynajmniej to pamiętałem opowieści mnicha zabawiającego niespełna dziesięcioletniego mnie.
- I co teraz? - spytał Shen, gdy wreszcie dotarliśmy do głównej świątyni.
- A bo ja wiem? Większość świątyń nie przewiduje kawiarni dla znudzonych gości, więc najwyżej możemy się przejść do dojo. O ile pamiętam za dzieciaka, to trochę do łażenia jest, no ale…
- Wstęp na obszar modlitwy mnichów jest ściśle zabroniony dla osób niezwiązanych ze świątynią - usłyszałem za swoimi plecami. Przyznaję, że dookoła unosiły się zapachy lasu i setek pozostawionych po wycieczkach ludzkich tropów, ale niewyczucie jedynej żywej istoty w promieniu kilku metrów szczerze mówiąc trochę mi uwłaczało jako Vulpes. Zwłaszcza, iż wydawało mi się, że moje zmysły są tutaj ostrzejsze niż zazwyczaj. Stanowczo za dużo problemów, a za mało snu. Obróciłem się na pięcie w kierunku właściciela głosu. Przede mną stała dość młoda kobieta w stroju mniszki Inari Kon-Kokko.
Nie był to zwykły strój miko, jaki spotyka się w prawie każdej świątyni shintoistycznej, a płócienna zbroja zaprojektowana w taki sposób, by osoba ją nosząca mogła w każdej chwili podjąć walkę. Nie podkreślała również różnic między kobietą a mężczyzną, bo według założeń kokko płeć nie miała wpływu na wartość i umiejętności człowieka.
- Niezwiązany, mówisz? - spytałem, wysuwając swoje lisie kły i zmieniając tęczówki. Dziewczyna cofnęła się przestraszona, zahaczając nogą o wystający fragment kamiennego bloku. Zachichotałem, zmieniając zwierzęce narządy z powrotem na ludzkie. - Myślę, że teraz znajdzie się dla nas jakiś spokojny kąt bez niepowołanych oczu, co? - spytałem, a dziewczyna tylko niepewnie zamrugała oczyma.
- Ja pójdę po Horacio-sama.

~~^.^~~

Siedzieliśmy w tradycyjnym japońskim pokoju - wyłożonym tatami i ze ścianami z papieru i drewna. <<tatami - wykonana głównie ze słomy mata, którą w Japonii tradycyjnie używano do wykładania podłóg; przyp. aut.>> Pomiędzy nami stał już czajniczek z parującą herbatą i dwie małe filiżanki.
- Nieźle się ustawiłeś, nie ma co - stwierdził Shen, rozglądając się dookoła. Shoji <<shoji - tradycyjne japońskie drzwi z drewnianej kraty i papieru; przyp. aut>> wychodzące na zamkniętą dla wiernych część ogrodu były w połowie otwarte, dzięki czemu w pokoju było niemal tak jasno, jak na zewnątrz.
- To tylko ziemia. I to w dodatku ziemia o wartości jedynie sentymentalnej - stwierdziłem, nalewając Shenowi napój. - Więc? Dowiem się wreszcie, co jest grane?
- Wolisz wersję krótką, czy długą - spytał mężczyzna, kiwając mi głową w podziękowaniu.
- Kompletną.
- W takim razie trochę nam zejdzie. Dobra, tak na początek, to kojarzysz, w ogóle Smoki Hongo? - przez chwilę zmrużyłem oczy, wertując w pamięci swoją wiedzę, po czym zaprzeczyłem ruchem głowy.
- Tylko tyle, że mają strefę wpływów w Ikebukuro i próbowali się wbić do kilku naszych miejscówek jakiś czas temu.
- W bardzo dużym skrócie, tak było do niedawna. Ostatnio sprawa się zaostrzyła, odkąd przywódcą został Chung Hon Lue. Smoki wyraźnie chcą przejąć rynek narkotykowy, w tym nasze główne strefy wpływów. Ja i Zu doszliśmy do wniosku, że to, o czym wspominałeś, to były zwykłe sondy do bardziej zorganizowanej akcji i wszystko wskazuje na to, że przyszykowany mają jeszcze jeden taki napad, tylko coś ich przed tym powstrzymuje. Byłeś w laboratoriach, masz jakiś pomysł, co to może być?
- Mam, ale wolałbym na razie o tym nie mówić, dopóki się nie upewnię. Powiem ci tylko jedno - w Sztyletach jest jakiś kret. I to wysoko postawiony - przygryzłem wargę, żeby zwrócić swoją uwagę na bólu fizycznym i nie rozpłakać się ponownie.
- Hei, wiesz, że musimy wiedzieć jak najwięcej, żeby…
- Wiem - przerwałem mu, mrugając szybciej niż zwykle. Zdawałem sobie sprawę z tego, że Shen to widzi, ale celowo nie zwraca uwagi. - Ale muszę najpierw sam przeprowadzić śledztwo, w którym
i tak mi nie pomożecie. Potrzebowałbym tylko dostać się do swoich rzeczy.
- Przed chwilą dostałem sms’a. Twoja szkoła, willa, ulubione hotele, knajpy, nawet sklepy są już obstawione.
- A główna posiadłość? - spytałem, powstrzymując się przed nadmierną nadzieją. Nie do końca mi to wyszło.
- Wydaje mi się, że też. A jeśli nie już, to za niedługo. Hei, najlepiej by było, żebyś wyjechał jakoś po cichu z miasta, albo najwyżej został tutaj. A, no i podejrzewam, że bilingi też są do sprawdzenia, więc wyrzuć telefon, czy coś.
- Jasne, jasne. Zgaduję, ze jakbyś ty wbił do mojego mieszkania, to będzie to podejrzane? - westchnąłem, nawet nie oczekując odpowiedzi. - Chwila… Soujirou!
- Jaki znowu Soujirou… Przypominam ci, że ktokolwiek ze Szty…
- Nie jestem aż taki głupi. Syn nowego fagasa raszpy, powinien się nadać. Poza tym chyba tylko Zu i Jyuuro wiedzą, że mam z nim jakieś inne powiązanie, więc nie powinno być wobec niego podejrzeń. I tak przesiaduje u mnie w domu. Przy okazji powinienem mu powiedzieć mniej więcej, co jest grane, przydałaby się jakaś bezpieczna restauracja, czy coś…
- Nigdzie stąd nie wychodzisz, z twoim tęczowym łbem widać cię z daleka. Nie ma mowy - Shen sięgnął po czajniczek i dolał sobie herbaty do pustej już filiżanki. - No, chyba, że… - dodał po chwili, ale potem od razu pokręcił głową przecząco.
- „Chyba, że” co? - spytałem twardo.
- Ale to ma zostać miedzy nami, tak? - Shen popatrzył poważnie prosto w moje oczy. Skinąłem krótko, więc kontynuował. - Od pewnego czasu spotykam się z kobietą spoza szarej sfery. Dość długiego czasu. I na zupełnie poważnie. Nie chciałbym, żeby coś się jej stało przez moje…
- Shen! - warknąłem zniecierpliwiony. Jeszcze mi tylko tego brakowało, żeby mężczyzna się rozmaślił jak nastolatka.
- Dobra, już dobra. Po prostu chcę powiedzieć, że musimy uważać, żeby nic jej się nie stało. Janette pracuje w jakimś biurze jako księgowa, czy coś takiego, więc poważniejszą pracę ma dopiero po zamknięciu tygodnia finansowego - we wtorki lub środy. Teraz byłaby wolna. Mógłbym ją poprosić, żeby tutaj przyjechała i jakoś cię przebrała i ucharakteryzowała tak, żebyś był mniej rozpoznawalny. Ale i tak twierdzę, że lepiej by było, żeby ten twój przydupas sam się tu przespacerował.
- A zrobi to ponieważ? - westchnąłem ciężko, poprawiając pod sobą nogi. Odzwyczaiłem się już trochę od przebywania w tradycyjnych wnętrzach. - Zadzwonić do niego nie mogę, bo bilingi. Ty też nie pójdziesz. A nawet zakładając, że ta cała twoja Jannete go poinformuje, to nie mamy pewności, że jej uwierzy. No i jeśli jakaś papuga się za nim tu przywlecze to miejscówka jest spalona, a zdjęcia w miejscu publicznym nie wyrządzą aż takich szkód. To jak?
- Niech ci będzie. Jak cię ktoś dobrze zna, to pewnie tak czy tak cię znajdzie, ale przeciętny soldato wie tylko tyle, że jesteś młody, ładny i masz kolorowe włosy. Może pójść ok przy zachowaniu ostrożności. Tylko masz mi obiecać, że to jest jedyny raz, kiedy pokazujesz się publicznie. I to gdzieś, gdzie cię nie będą szukać, rozumiemy się?
- Jasne, jasne. Nie musisz mnie przekonywać, że przyjemniej jest wąchać kwiatki od góry niż od dołu - mruknąłem, wstając. - To chcesz do niej dzwonić czy coś? - spytałem i oparłem się o futrynę, podświadomie przybierając zalotną pozę.
- Nigdy się nie zmienisz, co… - westchnął mężczyzna, po czym wyciągnął z kieszeni telefon. - Zadzwonię do Janette, przy okazji mogę też do tego twojego… gdzie ty idziesz?!
- To nie oczywiste? Wykąpać się. Śmierdzę na kilometr krwią i chemią, a przecież nie chcielibyśmy, żeby twoja luba źle o mnie pomyślała - uśmiechnąłem się niedwuznacznie, po czym rzuciłem mężczyźnie swoją komórkę. - Powinien się tam gdzieś szwendać numer Soujirou, bodajże nawet pod tym imieniem. Co zrobisz potem z telefonem, zostawiam do uznania - stwierdziłem i wyszedłem, zostawiając Shena samego.
Przeszedłem drewnianą ścieżką wzdłuż zachodniej ściany budynku kokko, po czym udałem się do miejsca, w którym spodziewałem się zastać główną mniszkę - Horacio.
- Przepraszam, coś się stało? - spytał usłużnie mnich w średnim wieku. Podejrzewałem, że wiadomość o pojawieniu się po raz pierwszy od dłuższego czasu kokko dotarła już nawet na kuchnię i do podziemi, o ile takowe tu istniały.
- Nic takiego, po prostu chcę porozmawiać z Horacio - odpowiedziałem spokojnie, a mężczyzna pokiwał ze zrozumieniem głową. Jak na Azjatę był dość wysoki, jednak nie miałem wątpliwości, że w jego żyłach płynęła jedynie japońska i ewentualnie koreańska krew. Włosy ostrzyżone na krótko, prosty nos, niemal prostokątne, kasztanowe oczy i podkreślona militarną szatą muskularna sylwetka czyniły z niego potencjalnie dobrą partię. Wyjątkowo nie miałem tym razem ochoty z nim flirtować... Może kiedy indziej, jak z Soujirou mi nie pójdzie.
- Rozumiem. W takim razie proszę mi dać się zaprowadzić do Horacio-sama. Przebywa teraz w swoim gabinecie i najprawdopodobniej czyta - oznajmił niskim głosem mnich, a ja tylko kiwnąłem mu głową z lekko sarkastycznym uśmiechem. Ostatecznie mogłem pozwolić traktować się tak, jak chcieli tego mieszkańcy, skoro miało im to sprawić przyjemność. Nie, żebym potrzebował całej otoczki wielkiej szychy i nietykalnego jaja, ale była to miła odmiana od chłopca do dupczenia w otoczeniu Zu i podobnych mu.
---------------------------------------------------------------------------
Mam nadzieję, że podobał się Wam rozdział. Jeśli tak, będę wdzięczna za komentarz i reakcję. Jeśli nie, komentarze i reakcje też mile widziane.
Przypominam uczniom, że macie jeszcze tylko dwa tygodnie wakacji, studentom, że tylko półtorej miesiąca, a osobom pracującym, że ich urlop też się pewnie kiedyś skończy. To odpowiedni moment, żeby jeszcze zacząć robić to, co zawsze chcieliście zrobić, tylko spychaliście na wakacje, "bo nie ma czasu". Trzymam za was kciuki.
Hasło komentarze, jak zwykle (niestety), to: 2 komentarze.