Chronica Genusmuto Logo

Chronica Genusmuto Logo

sobota, 14 października 2017

Rozdział XV

- Co państwu podać? - spytał kelner, gdy tylko zauważył, że odłożyliśmy karty na bok. Grafitowa kamizelka od garnituru idealnie opinała jego smukłe, wysportowane ciało, podkreślając męski urok. Liczył sobie może czterdzieści kilka lat, chociaż na pierwszy rzut oka dawało mu się góra trzydzieści.
- Dla mnie melonowa woda gazowana - odpowiedziała szybko moja towarzyszka, Lucy Karyo. Jeszcze niedawno mieszkała w Stanach Zjednoczonych, dokąd wyjechała ponad dwadzieścia lat temu. Miała niespełna czterdzieści siedem lat, farbowała włosy na kasztanową czerwień, a z biżuterii nosiła jedynie złote kolczyki, wyraźnie antyki. Musiałem przyznać, że zwiewna sukienka z motywem kwiatowym i luźny koczek pasowały jej idealnie. Zdecydowanie potrafiła zamaskować delikatnie zbyt krągłą sylwetkę, jakiej zapewne nabawiła się w amerykańskich restauracjach z junk food.
- Ja wezmę mazagran bezalkoholowy - stwierdziłem, gdy kelner zanotował zamówienie kobiety w firmowym tablecie i spojrzał na mnie wyczekująco. Mazagrana kojarzyłem głównie z brandy, bo właśnie dzięki niemu zauroczyłem się na ponad pół roku tym alkoholem. Obecnie faza na rudą mi przeszła, ale sentyment do mazagranu został. - Jakby coś, to na jeden rachunek - dodałem, gdy mężczyzna miał już odejść.
- Oczywiście. Proszę o chwilę cierpliwości - skłonił się formalnie i wrócił do lady barmańskiej, żeby przekazać nasze zamówienie.
- Nie wiedziałam, że jesteś amatorem głębokich smaków - stwierdziła Lucy, chcąc zagaić rozmowę. - Twój ojciec zdecydowanie wolał przesłodzone napoje. I miał koci język - dodała z uśmiechem.
- Jak dobrze znałaś mojego ojca? - sam nie byłem pewny, dlaczego w moim głosie pojawiła się nuta zazdrości, ale nie uszła ona uwadze kobiety.
- Wystarczająco, by być braną pod uwagę przez twojego dziadka jako partnerka Liweia. Jak pewnie już odkryłeś, noszę w sobie geny kitsune, więc nasze dziecko mogłoby jedynie awansować w hierarchii Vulpes - stwierdziła z wyraźną dumą. Nie byłem pewny, czy robiła to przez wychowanie, charakter, czy z chęci zirytowania mnie. Jeśli to trzecie, to nie udało jej się.
- Ale mój ojciec wolał związać się z inną kobietą - stwierdziłem nieco uszczypliwie, chcąc się odegrać. - To dlatego wyjechałaś z powrotem do rodziny?
- Między innymi - przytaknęła krótko głową bez cienia urazy. - Ale również z powodu choroby mojego stryja. Sam rozumiesz, kitsune zawsze trzymają się blisko rodziny, taka już nasza natura - machnęła lekceważąco ręką, ale czułem, że kryło się pod tym coś więcej. Póki co nie chciałem jednak naciskać na kobietę. Należała do siódemki spośród dziewiętnastu podanych mi Genusmuto, która zechciała się ze mną spotkać. Reszta, poza jednym wyjątkiem, należała już do pokolenia kolejnego po członkach Bractwa Czarnej Róży, dlatego też nie podejrzewałem ich o posiadanie aż takiej ilości wiedzy, jakiej oczekiwałem po Lucy. - Teraz zastanawiam się, czy dobrze zrobiłam - stwierdziła i dopiero po chwili zorientowała się, co właśnie powiedziała. - Oczywiście nie mam nic przeciwko tobie, wydajesz się być dobrym dzieciakiem. Po prostu… styl bycia twojej matki nie pokrywa się z moimi przekonaniami - dopowiedziała ostrożnie, a ja niemal nie prychnąłem śmiechem.
- Piękne określenie kogoś, kto jest zwyczajnym kurwiszonem - uśmiechnąłem się, a kobieta popatrzyła na mnie z mieszanką rozbawienia i szoku. - Też jej nie lubię, przy mnie nie musisz się krępować.
- No tak - żachnęła się z chichotem. - Powinnam się domyślić, że syn Liweia będzie inteligentnym mężczyzną o silnym charakterze. Wiesz, zachowujesz się jak twój ojciec, gdy był młody. Tylko z trochę większą manierą, jego trudniej było rozszyfrować. Ale to dobrze, ludzie lubią wiedzieć, na czym stoją i z kim mają do czynienia.
- Myślisz, że jestem łatwy do odczytania? - uniosłem brew. Spytałem dla żartu, ale kobieta wyraźnie wzięła moje słowa na poważnie.
- Myślę, że nie boisz się własnych emocji i starasz się je ukryć, jeśli możesz. Może ci się to przydać podczas kontaktu z ludźmi, z którymi wchodzisz w konflikt ale ogólnie jest cholernie niebezpiecznie. Powinieneś uważać, żeby nie przekroczyć granicy zdrowego rozsądku. Wiem coś o tym - odpowiedziała, a jej oczy przez ułamek sekundy przeszkliły się, jak gdyby sobie przypominała coś z przeszłości. - Wbrew pozorom, mafia nie jest bytem tak prostym, jak mogło by się wydawać, mogę ci zaręczyć.
- O to nie musisz się bać, wystarczająco dobrze znam tutejszy półświatek. No, ale porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym. Nierozsądnie jest się straszyć już w ciągu dnia, zostawmy sobie horrory na wieczór - uśmiechnąłem się szeroko, pilnując, by przypadkiem przyzwyczajenie nie wzięło góry nad rozsądkiem i moja mina nie zasugerowała flirtu z bądź co bądź starszą ode mnie kobietą. - Moje wiewiórki mówiły mi, że doczekałaś się już wnuka.
- Przyjaźnisz się z niezwykle doinformowanymi wiewiórkami, wiesz? Ale tak, w Stanach została moja córka w ciąży i dwa tygodnie temu urodziła. Ojcem jest kocur, więc dziecko prawdopodobnie też będzie Catts - stwierdziła Lucy, pociągając przez słomkę łyk przyniesionego jej przed chwilą napoju. - Nie ma nic lepszego od melonowej sody. W Ameryce takich rzeczy praktycznie nie ma. Cóż, you can’t have your cake and eat it too, jak to mawiają. <<angielskie przysłowie - "nie można zjeść ciastka i mieć ciastka", porównywalne z naszym "albo rybki, albo akwarium"; przyp. aut.>>
- To może wrócisz jeszcze kiedyś do Japonii? - spytałem, zerkając przelotnie na telefon. Soujirou wysłał do mnie jakiegoś sms'a, ale postanowiłem póki co nie sprawdzać go.
- Wątpię. Może i Bractwo już nie istnieje, ale ludzie, którzy doprowadzili to tej tragedii żyją i mają się świetnie - kobieta uśmiechnęła się gorzko. - Sam rozumiesz, nie chcę ryzykować życiem swoim i rodziny.
- A gdyby ktoś się z nimi rozprawił? Wiesz, nagle sobie zniknęli.
- Wątpię, że ci się to uda. Zresztą, zbyt długo siedziałam już w Ameryce i zdążyłam sobie ułożyć życie na nowo - z niezadowoleniem Lucy zauważyła, że jej napój już się skończył. - Ale być może przemyślałabym - dodała po chwili.
- W takim razie musisz mi pomóc - oznajmiłem z mocą. - Rozumiem, że chcesz to zrobić, skoro przyleciałaś przez ocean tylko dla naszej rozmowy.
- Muszę cię zmartwić, ale nie mam jak. Jak już mówiłam, wyleciałam do Stanów zanim to wszystko się wydarzyło, nie mam żadnych rewelacji. Chciałam po prostu zobaczyć dziecko Liweia i spotkać się z Horacio. Kiedyś była dla mnie prawie jak druga matka.
- Rozumiem - westchnąłem, starając się ukryć zawód. Szczerze mówiąc, liczyłem na coś więcej. Ale przecież to nie była wina Lucy. - No nic, i tak dziękuję za spotkanie. Gdybyś jeszcze czegoś potrzebowała w Tokio, znasz mój numer.
- Nie ma problemu, przyjemność po mojej stronie. Jeszcze raz przepraszam, że nie powiedziałam ci nic szczególnego - kobieta zamyśliła się, więc na wszelki wypadek poczekałem jeszcze chwilę. - Nie wiem, czy już u niego byłeś, ale myślę, że powinieneś spotkać się z Taka-kunem. Znaczy się Takahiro Shiwataką, właścicielem tokijskiego Park Hyatt. Jeśli ktoś coś wie, to on już na pewno też jest w posiadaniu tej wiedzy.
- Jasne, dzięki - uśmiechnąłem się lekko, na chwilę przestając pilnować swoją mimikę. - Jeszcze raz dziękuję.

~~^.^~~

Przecisnąłem się przez metalowe bramki na stacji metra. Od niespełna pół miesiąca używałem tego środka transportu częściej niż kiedykolwiek wcześniej i chyba nawet moje zmysły przyzwyczaiły się do smrodu komunikacji masowej. Podejrzewałem, że ludzie nie wyczuwają tego, co ja, a przynajmniej nie na taką skalę i chwilami naprawdę mi się to nie podobało. Wydawało mi się, że od czasu spędzenia kilku dni w Inari Kon-Kokko coraz trudniej jest mi zupełnie „wyłączyć” genotyp kokko i byłem skazany na irytująco duży napływ informacji zmysłowych. Zastanawiało mnie, co mogło być tego przyczyną.
Sięgnąłem ręką do ucha, z którego zwisał niedawny prezent od Soujirou - przepiękny kolczyk łączący dwie dziurki podwójnym złotym łańcuszkiem. W niższym końcu dodatkowo kołysał się mały karbonado w kształcie łezki. Uśmiechnąłem się sam do siebie na myśl o mężczyźnie. Podejrzewałem, że siedzi jeszcze na planie zdjęciowym jakiegoś telewizyjnego show, dlatego niezbyt spieszyło mi się do domu. Sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem z niej komórkę. Pięć nieodebranych połączeń. Cztery od Soujirou i jedno… od matki. Zaniepokojony wybrałem szybko numer mężczyzny i przysunąłem telefon do ucha. Soujirou odebrał już po pierwszym sygnale.
- Souji? Co się dzieje, wszystko w porządku?! - spytałem, podenerwowany i przyłapałem się na kurczowym zaciskaniu pięści na materiale bluzki. Jakiś staruszek popatrzył na mnie z leniwym zainteresowaniem, ale zignorowałem to.
- Co? A tak, tak - mężczyzna wydawał się być spokojny, dlatego też odprężyłem się nieco, ale nie potrafiłem do końca rozluźnić. Soujirou nigdy wcześniej nie wydzwaniał do mnie tyle razy. A ostatni telefon od raszpy miałem chyba z rok temu i to tylko dlatego, żeby mnie poinformować, że wyjeżdża z jakimś przydupasem na dwa tygodnie „nieoczekiwanych wakacji”.
- W takim razie, dlaczego… - nie udało mi się opanować i wręcz zapiszczałem. Nie uszło to uwadze siedzącego obok podstarzałego mężczyzny, który popatrzył na mnie przez chwilę zgorszony znad gazety.
- Spokojnie, Hei. Myślałem, że jesteś w jakimś głośnym miejscu i nie usłyszałeś za pierwszym razem, więc zadzwoniłem ponownie - wydawało mi się, że Soujirou chichocze. - Chciałem się upewnić, że dzisiaj wrócisz na noc do domu dość wcześnie. Mam do ciebie pewną sprawę.
- Sprawę? A, tak, oczywiście, już jadę. Powinienem być za jakiś kwadrans, góra dwadzieścia minut, poczekaj na mnie, tygrysie - powiedziałem już nieco spokojniej i rozłączyłem się. Nie wiedziałem, co za sprawę ma do mnie Soujirou, ale wyobraźnia podrzucała mi kilka odpowiedzi, z których prawie każda kolejna była przyjemniejsza od poprzedniej. I kilka bardzo nieprzyjemnych.
Mimo wszystko, spróbowałem je od siebie odsunąć, żeby nie rozczarować się zbyt mocno, gdyby „sprawa” Soujirou nie była tego typu, jaki mi się marzył. Nie ukrywałem, że lubiłem być obiektem starań drugiej strony i to ja zazwyczaj musiałem się opędzać od kolejnych propozycji wyjazdów, szykownych kolacji, czy innych tego typu rzeczy. Brakowało mi tego zdobywania przez Soujirou, chociaż tłumaczyłem sobie brak aktywnego zaangażowania mężczyzny jego dotychczasowym brakiem romansu męsko-męskiego i świeżością naszego związku. Wizja wzięcia spraw w swoje ręce i uwodzenia aktora też nie była zresztą aż taka zła.
- Stacja: Ikebukuro Dworzec Główny. Następna stacja: Ikebukuro Szkoła - z rozmyślań wyrwał mnie kobiecy głos automatu. Zamrugałem szybko i ledwo co zdążyłem wyjść przez zamykające się drzwi. Schowałem do kieszeni wciąż kurczowo trzymany telefon. Muszę wreszcie zamienić tego trzyletniego rzęcha na coś porządnego… może jakiś CallPhone, jest zdecydowanie poręczniejszy. No i wygląda dużo dojrzalej, tak „profesjonalnie”. Za to musiałbym się przeprosić z kartami płatniczymi zamiast aplikacji na telefonie, a to mi się niezbyt uśmiechało. No nic, nie czas to i nie miejsce.
Przeszedłem zadziwiająco pustymi o tej porze dnia ulicami, aż wreszcie dotarłem do domu. Sam nie wiedziałem, dlaczego przeczuwałem coś złego. Może przewrażliwienie zawodowe, może zbyt długo ostatnio panował spokój, żebym uwierzył, że to koniec moich problemów, a może po prostu intuicja zwierzęcia, które we mnie siedziało. Od razu zwróciłem uwagę na dwa zaparkowane przed garażem samochody - srebrnego nissana raszpy i wsunięte w cień pod rozłożystym klonem mitsubishi Soujirou. Jeszcze w przedpokoju zrzuciłem buty, mimo przyzwyczajenia, by latem zostawiać obuwie po europejsku, dopiero pod drzwiami swojego pokoju. Przeszedłem do salonu, skąd dochodziły dźwięki telewizora. W pokoju przy stole siedział Soujirou i rozmawiał z raszpą rozwaloną w fotelu. Z niesmakiem zauważyłem, że wyglądali zupełnie jak rodzeństwo, czy może nawet kochankowie.
- Nie przeszkadzam? - spytałem sucho, opierając się ramieniem o ścianę.
- O, Heisuke, nareszcie! - zacisnąłem zęby, gdy kobieta wypowiedziała to imię, ale nie odezwałem się, tylko obejrzałem za siebie. Dla pewności, że mój gest został dobrze zauważony obróciłem się jeszcze teatralnie dookoła własnej osi, jak gdybym czegoś szukał.
- Obawiam się, że Heisuke nie przyszedł. Musisz się zadowolić mną - stwierdziłem wyniośle i podszedłem do Soujirou, bez najmniejszego skrepowania siadając bokiem na kolanach aktora. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że zachowuję się jak zazdrosna gówniara z telenoweli dla jeszcze większych gówniar, ale nie mogłem się przed tym powstrzymać. - To co jest? - spytałem Soujirou, uśmiechając się lekko do niego i niemal dotykając nosem jego czoła.
- Hei, twoja matka tutaj jest, nie powinieneś się tak zachowywać - stwierdził mężczyzna, wycofując się na tyle, na ile pozwalało mu oparcie krzesła.
- Moja matka - podświadomie zaakcentowałem drugie słowo. - nie miała oporów przed pierdoleniem się na moich oczach, jak miałem sześć lat i żyjącego ojca. Powinna się przyzwyczajać - stwierdziłem, ale przesiadłem się na inny fotel, po czym założyłem nogę na nogę.
- Hei… - Soujirou nie dokończył. I tak wiedziałem, co chciał powiedzieć. W końcu mężczyzna westchnął głęboko i podniósł się z krzesła. - Twoja matka poprosiła mnie, żebym po ciebie zadzwonił, bo chciała z tobą porozmawiać na poważnie. To ja was już zosta…
- Zostajesz - stwierdziłem twardo, a Soujirou popatrzył na mnie uważnie.
- Wiem, że to dla ciebie trudna rozmowa, ale myślę, że powinienem was zostawić samych - stwierdził w końcu z wahaniem.
- Właśnie, przecież nie chcemy mieszać Soujirou do naszych prywatnych spraw, prawda? I tak już zrobił naprawdę wiele dla mnie i ciebie - dodała raszpa słodkim głosem zatroskanej matki. Ledwo powstrzymałem się przed reakcją. Jak ona śmiała?! Przygryzłem wargę i policzyłem w myślach do pięciu, starając się unormować oddech.
- Przypominam, że od niespełna dwóch tygodni jesteśmy rodziną i to na twoje własne życzenie. A ja przed swoim starszym bratem nie mam żadnych tajemnic. Prawda, ge ge? <<ge ge, chiń. 哥哥 - starszy brat; przyp. aut.>> - uśmiechnąłem się szeroko, chowając za sobą ręce, żeby nie pokazać raszpie zaciśniętych niemal do rozlewu krwi paznokci. - No, to skoro to mamy ustalone, to ja idę zaparzyć herbatę. Nie lubię rozmawiać z suchym gardłem - stwierdziłem i wyszedłem na korytarz, a potem do pokoju na tyle szybko, by raszpa nie zdążyła nic zrobić.
Tak chce ze mną pogrywać? Myśli, że jak wplącze w to wszystko Soujirou, to dam się ograć? Powinna się zacząć uczyć na błędach! Niemal nie wysyczałem na głos własnych myśli, sięgając po walizkę z narkotykami. Znalezienie odpowiedniego specyfiku zajęło mi trochę czasu, ale musiałem przy okazji pozbierać myśli.
Nie bałem się raszpy, to było pewne. Kiedyś, za dzieciaka - tak. Teraz nie miałem do niej już nic. A najmniej z tego wszystkiego - szacunku. Niepokoiła mnie za to obecność Soujirou. Nie wiedziałem, jak zareaguje. Mimo wszystko, wolałem go mieć przy sobie „na widoku”, niż pozwolić, by siedział gdzieś w innym pokoju i doskonale wszystko słyszał. Może i poproszenie go o zostanie było strzałem w kolano, bo raszpa nie zachowa się otwarcie przy nim i w końcu wybuchnę. Istniała również nikła szansa, że będę miał szczęście i uda mi się ją odpowiednio naprowadzić na trop, i to jej pierwszej podwinie się noga. A jako człowiek nauki wiedziałem, że szczęściu trzeba pomagać.
Sięgnąłem po czajnik i włączyłem go, po czym sięgnąłem do zastawy schowanej w szafce obok biurka. Jak to dobrze, że miałem zwyczaj częstego picia gorących napojów, a byłem z natury zbyt leniwy, by za każdym razem schodzić do kuchni. Wystawiłem cukierniczkę i dosypałem do cukru kokosowego dość sporą dawkę białych kryształków, by mieć pewność, że nawet niewielka dawka da jakiś rezultat. Na moje szczęście, Soujirou pił kawę wyłącznie gorzką, dlatego nie musiałem się o niego martwić. Szybko wsypałem do dwóch filiżanek kawę arabską i kwitnącą herbatę ze śliwy chińskiej do swojej szerokiej szklanki. Zalałem wszystko wrzątkiem, trochę niezadowolony, że nie mogę poczekać, aż woda uzyska temperaturę odpowiednią dla herbaty. Gdy wyszedłem z pokoju z tacą i trzeba gorącymi filiżankami, na korytarzu zastał mnie Soujirou. Wyglądał na zaniepokojonego.
- Hei, wszystko w porządku? Wiem, że nie podoba ci się moja relacja z twoją matką, ale myślę, że naprawdę powinieneś wreszcie wyjaśnić sobie z nią wszystko. Choćby i dla oczyszczenia sumienia, że próbowałeś, ale się nie udało. Hm, zrobisz to dla mnie? - spytał, a ja nie omieszkałem zauważyć, że jego głos zniżył się w ostatnim zdaniu do uwodzicielskiego barytonu. Skurczysyn robi to specjalnie!
- Ale należy mi się potem nagroda - odpowiedziałem, wydymając nieco dolną wargę, prawie niczym obrażone dziecko.
- Ależ oczywiście, kotku - mężczyzna już nawet nie skrywał flirtu. Jak ja go…! Doskonale wiedział, że manewrując z tacką z wrzątkiem w rękach, nie mogłem nic zrobić. - Daj mi to - stwierdził ze śmiechem i wziął ją z moich dłoni, schodząc pierwszy po schodach. Na chwilę oparłem się na ramionach o barierkę, chichocząc, ale dość szybko się opanowałem i poszedłem za mężczyzną.
Gdy wszedłem, pomiędzy fotelami rozstawiony był już herbaciany stolik teleskopowy.
- Myślałam, że się rozmyśliliście, chłopcy - stwierdziła raszpa z uśmiechem, siedząc w swoim zwyczajowym fotelu. Zastanawiałem się, czy podejrzewała, że planowałem ją naćpać. Pewnie tak.
- Na szczęście nie - Soujirou postawił tackę, usiadł na dwuosobowej sofie i poklepał miejsce obok, zachęcając mnie, bym usiadł na nim. Przewróciłem oczyma z teatralności jego gestu, ale wykonałem polecenie.
- Może ciasteczko? - spytała matka, wykonując zachęcający gest ręką. Sięgnąłem po jedno, jednocześnie przesłaniając dostęp Soujirou.
- Ty nie. Wystarczy mi już komunikacji miejskiej na dzisiaj - stwierdziłem, przełamując zębami kawałek. Jak miałem mocną głowę, tak aż skrzywiłem się czując w ustach mocny smak spirytusu. - Nie krępuj się - dodałem z uśmiechem, kiwając głową w stronę tacy.
- Ach, tak, oczywiście. Nie obrazisz się, jeśli wezmę tę? - spytała, dotykając palcem dalej położonej od niej filiżanki.
- Oczywiście, że nie - odpowiedziałem z uśmiechem, modląc się w duchu, żebym nie wybuchnął śmiechem. Naprawdę myślała, że popełniłbym aż tak prosty błąd? Raszpa przełożyła naczynia i wsypała dwie łyżeczki cukru do swojej kawy, spokojna, że jako jedyna zaatakowała. Pij, pij, stara dziwko.
- Więc? - spytałem, zakładając nogę na nogę.
- Ach. Tak, oczywiście. Mam nadzieję, że przyzwyczaiłeś się już do nowej sytuacji - stwierdziła pogodnie, a ja zerknąłem na zegar wiszący na ścianie. Dawałem jej pięć minut do rozkręcenia się.
- Nie narzekam - stwierdziłem równie wesoło. - Soujirou jest naprawdę dobrym bratem. Prawda?
- S-staram się - widziałem wyraźnie, że aktor był nieco zmieszany moim traktowaniem go jak rodziny.
- Och, to wspaniale. Bo bałam się, że skoro nie pojawiliście się na naszym ślubie, to coś się stało. No, ale teraz już nie mam wątpliwości, że mnie zrozumiesz - przyklasnęła wesoło w ręce i upiła kolejny łyk kawy. - Mam nadzieję, że rozumiesz, w jakiej jesteśmy sytuacji. Odkąd wyszłam za mąż za Yukihito-chin, powinniśmy zamieszkać sami.
- Wyprowadzasz się? - spytałem słodko, wbijając paznokcie z przedramię, żeby bólem powstrzymać się przed roześmianiem. - Wieeeelka szkoda.
- O, nie mój drogi, źle się rozumiemy. To ty się wyprowadzasz - stwierdziła i zamrugała swoimi sztucznymi rzęsami. - I to jeszcze dzisiaj, jutro dzwonię na policję na przeszukanie. Nie życzę sobie prochów walających się po moim domu.
- Słucham?! - z wrażenia wypuściłem z rąk szklankę i gorąca ciecz rozlała się po mojej nodze. Ja, mimo to, niemal nie czułem bólu. - Ty sobie chyba żartujesz - dodałem już agresywniej przez zaciśnięte zęby.
- Ależ nie, mój drogi. Tak się składa, że ten stary lis był głupszy niż myślałam i zapisał ci w testamencie swoje DZIEDZICTWO. A ten dom i kilka jego obrazków w galerii zostało kupione dopiero przed niego, więc nie spełniają warunku minimum dwóch pokoleń wstecz - stwierdziła z uśmiechem. - Myślałeś, że uda ci się przechytrzyć mnie? Zbyt dużo czasu spędziłam nad książkami studiując prawo, żeby dać się ograć przez takiego szczeniaka. I dobrze ci radzę wynieść się - stwierdziła i wstała.
- Saiye-san, proszę powiedzieć, że to jakiś żart. Przecież mówiłaś, że… - zaczął Soujirou, ale raszpa uciszyła go palcem przyłożonym do ust.
- Ach, Soujirou, Soujirou. Jesteś dobrym dzieciakiem i dlatego radzę ci się trzymać od tego bękarta z daleka - powiedziała uwodzicielskim głosem, a ja jedynie zacisnąłem pięści z wściekłości. - Chyba nie muszę ci tłumaczyć, że homoseksualny związek z ćpunem źle odbije się na twoim wizerunku? A Yukihito-chin i tak wie, że mój niekontrolowany synuś zawrócił ci w głowie, więc będziesz kłamał w jego obronie - dodała wyniośle i wyszła.
- Hei? - poczułem na ramieniu ciepłą dłoń Soujirou. - Hei, ja... ja przepraszam. Gdybym wiedział, że to będzie tak wyglądać… Naprawdę nie przypuszczałbym, że Sayie-san będzie do tego stopnia wyrachowana i…
- Hahahahahaha!!! - przerwałem mu histerycznym wręcz śmiechem. Odchyliłem głowę do tyłu i rechotałem jeszcze przez dobrą minutę, podczas gdy Soujirou patrzył na mnie jak na wariata.