Chronica Genusmuto Logo

Chronica Genusmuto Logo

Pasek

niedziela, 17 grudnia 2017

Rozdział XLI

Obejrzałem się na Elisabeth i przystanąłem, by kobieta zdążyła się ze mną zrównać. Wydawało mi się, że zupełnie nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia, jakie jej dotyczyło jeszcze jakiś czas temu. Lub nie chciała sobie z niego zdawać sprawy.
- Wiesz, możemy częściej załapać się na takie imprezy - rzuciła luźno, gdy wreszcie mnie dogoniła. - Już dawno nie jadłam tak dobrego kawioru.
- Dobrze, że chociaż ty jesteś zadowolona - uśmiechnąłem się lekko. Na więcej nie było mnie stać. Gdy pierwsza adrenalina i poczucie zagrożenia minęło na łodzi odprawiającej nas na ląd, powoli zacząłem odczuwać, jaką siłą dysponował Ruski dusząc mnie. Nawet nie chciałem sobie wyobrażać, co by się stało, gdyby chciał mnie od razu zabić.
- Jess, co cię ugryzło? - Elisabeth uwiesiła się niespodziewanie na moim ramieniu, niemal przewracając mnie na powoli znienawidzonych już szpilkach. - To co, jakieś małe afterpar… co ci się stało z szyję? - ammitka odsunęła się trochę, zdezorientowana.
- Mała sprzeczka o imponderabilia - odpowiedziałem wymijająco. Nie chciałem wytrącać jej z dobrego humoru. Widziałem, że Elisabeth nie do końca mi w to uwierzyła, ale na szczęście nie ciągnęła tematu. Może i zachowywała się z pozoru nierozważnie, ale miała dobrą intuicję interpersonalną i zawsze wycofywała się z nieodpowiedniego tematu. Przynajmniej do czasu. - Pewnie będziemy musieli chwilę poczekać, zanim ktoś po nas przyjedzie. Chcesz wpaść po jakieś drobiazgi do sklepu? - spytałem, kiwając głową w stronę świecących się witryn monopolowego. Nawet w porcie o tej godzinie jakiś się znalazł.
- W sumie… czemu nie - odparła wesoło. - Ty mi tutaj zaraz padniesz na tych szpileczkach, więc może ja się przejdę, co? - zaproponowała, wykonując tanecznym krokiem piruet dookoła mnie. Chciałbym mieć choć odrobinę jej entuzjazmu.
- Jasne. Weź mi fajki - stwierdziłem, sięgając do kopertówki, w której ledwo mieściły się telefon i pieniądze. Ja nie wiem, jak kobiety radzą sobie z takim czymś… Jeszcze na statku Ruski zdążył dać mi niewielki plik banknotów „kieszonkowego na taksówkę”, wizytówkę na fałszywą firmę transportową, za to z prawdziwym numerem i gwarantujący nam nietykalność sygnet. Wiedziałem, że pokazywanie Elisabeth całej sumy nie było najlepszym pomysłem, dlatego wysunąłem jeden banknot i podałem go kobiecie. - Najlepiej cienkie Malboro lub Black Devile, jak będą mieć.
- Ty palisz? - kobieta wzięła ode mnie pieniądze i wsadziła je sobie za stanik. Już druga z bagażem w cyckach…
- Teraz tak - odpowiedziałem cierpko i przysiadłem na murku. - Idź już.
- Gbur  - mruknęła niezadowolona, ale poszła.
Gdy Elisabeth zniknęła za drzwiami sklepu, zrobiło się zupełnie spokojnie. Ciszę przerywało tylko syczenie masywnych, w miarę nowych lamp rozstawionych co jakiś czas na słupach i dających pomarańczowe, niezbyt naturalne światło. Prawie jak w starej grze składankowej.
Odetchnąłem głęboko, starając się ułożyć sobie w głowie to, co stało się na statku. Podejrzewałem, że jednym z kierowców będzie Soujirou, a nie do końca byłem pewny, czy potrafiłem stworzyć odpowiednią dla niego wersję wydarzeń. Było wysoce prawdopodobne, że mężczyzna spotka się kiedyś z Ruskim, a konflikt między tą dwójką nie mógł skończyć się dobrze. Oczywiście na korzyść mafioza. Z drugiej strony, wątpiłem, bym był w stanie gładko skłamać kochankowi, że to jakiś przypadkowy typ chciał mnie udusić. Czasem naprawdę żałowałem, że Soujirou nie był z mojej „branży” i nie był znieczulony na pewne sprawy w stopniu, jaki gwarantowałby mu spokój ducha. Chociaż, wtedy pewnie nie byłbym zainteresowany związkiem z nim. A już na pewno nie w aż takim stopniu, co z moim kochanym, niewinnym Soujirou.
Nawet nie zauważyłem, kiedy Elisabeth wróciła i podetknęła mi pod nos papierosy. Chyba przez te mroczki z niewyspania i zmęczenia emocjonalnego. Dopiero zirytowane kopnięcie w opuchniętą kostkę przywołało mnie do porządku.
- A, to ty - żachnąłem z lekceważeniem, dodatkowo wkurzając Elisabeth. Z braku laku mogłem podroczyć się i z nią. Musiałem na kimś wyładować własną frustrację. - Innych nie było? - spytałem, ostentacyjnie kręcąc nosem. Kobieta kupiła mi zwykłe, grube papierosy niezbyt rozpoznawalnej firmy. Nie, żebym bał się mocnego działania tytoniu, ale pewnie były ohydne w smaku. - Aha, reszta.
- A napiwek za to, że poszłam? - Elisabeth wydęła usta niczym dziecko.
- Mogę ci oddać w naturze, jak chcesz. A forsa z powrotem - stwierdziłem, wyciągając rękę. Kobieta prychnęła niczym urażona kotka, ale położyła mi na dłoni zafoliowany kartonik i jakieś pieniądze. Podejrzewałem, że część sumy schowała już dla siebie, ale nie miałem potrzeby dochodzić paru drobniaków. Ostatecznie cały wątek wyciągnąłem tylko po to, żeby ją wkurzyć. Zębami otworzyłem paczkę i wyciągnąłem jedną fajkę. O dziwo, nie pachniała źle. Powiedziałbym nawet, że czuć było delikatnie słodkawy aromat wanilii. - Nie masz zapalniczki, co? - zagadnąłem, chowając paczkę, z braku opcji, za gorset.
- Jesteś zbyt przewidywalny - stwierdziła ammitka, rzucając mi na kolana drobny przedmiot. Sięgnąłem po niego i okazało się, że była to zapalniczka z rysunkiem gołej mulatki w obroży i pończochach. - Mam nadzieję, że podoba ci się wzór.
- Ideał - mruknąłem, odpalając papierosa. - Możesz mi się tak pokazać następnym razem - zaciągnąłem się, żeby spróbować smaku i ze zdziwieniem zauważyłem, że nie było aż tak źle. Oczywiście, czuć było tę charakterystyczną gorycz tanich, ruskich fajek, ale nie aż tak bardzo, by nie było to do wytrzymania. Z wanilii został tylko rozwiany już zapach przy zapalaniu. - Masz zamiar cały czas tak sterczeć? - spytałem zgryźliwie.
- Może - prychnęła Elisabeth, ale przysiadła się do mnie na murek.
Siedzieliśmy w milczeniu, nie za bardzo widząc temat do rozmowy. Ja nie miałem na to siły i chciałem zachować pozory niefrasobliwości, a i Elisabeth wyjątkowo buzia się zamknęła.
Było ciemno, dość chłodno i nie działo się absolutnie nic, więc czas dłużył się potwornie. Raz czy dwa w oddali pojawił się jakiś portowy kot w poszukiwaniu resztek zostawionych przez dzień przez pasażerów, ale chyba nie znalazł niczego interesującego. Zresztą, kto tam wie koty.
Przez chwilę rozważałem, czy zdjąć te przeklęte buty, ale ostatecznie było na tyle zimno i mokro, że wolałem nie ryzykować. Jeszcze tylko przeziębienia mi brakowało przy mojej odporności na leki. Chyba już nawet zdążyłem się przyzwyczaić do bólu stóp - odciągał choć trochę uwagę od tego w szyi.
Dopalałem drugiego papierosa, gdy z oddali dobiegł nas dźwięk silnika. A w zasadzie, to dość szybko okazało się - dwóch silników. Po dalszej minucie na ulicy przy sklepie pokazało się czerwone mitsubishi i granatowy volkswagen któregoś z Wilków. Skrzywiłem się nieznacznie, dalej niezbyt wiedząc, co powiedzieć Soujirou i rzuciłem kiepa na asfalt. Przygniotłem go obcasem, choć było na tyle wilgotno, że pewnie zgasiłby się i bez tego.
- Dziewczynki już idą spać? - już z daleka przywitał nad Dmitrij. Wyraźnie został oderwany z jakiejś dobrej imprezy. Albo przynajmniej schadzki. Aż mi się nie chciało wierzyć, że wytrzymał „w towarzystwie” bez wódki - Ja wiem, Hei, że z ciebie ostatnio mister formalista, ale Eli też?! - zaśmiał się, gdy wreszcie do nas podszedł. Soujirou najwyraźniej nie chciał się mieszać, bo został przy samochodach, oparty o drzwi mitsubishi.
- Nie miałam wyboru - odpowiedziała zgryźliwie kobieta. - Jak zaczynałam się dobrze bawić, to przyszedł i mnie zapakowali razem z nim na łódkę. A takie tam były ciacha! Jeden to nawet już prawie…
- Te ciacha to tresowani zabójcy - prychnąłem, udając się w stronę samochodów. - I interesowali się tobą tylko dlatego, że Ruski im kazał cię przyskrzynić, gdyby potrzebował zakładnika lub przynęty. Nie schlebiaj sobie.
- Te, a ty co taki obrażony? - zachichotał Dmitrij, przyskakując do mnie. - Myślałem, że wam się udało przekonać Sharilova do…
- Bo się udało - warknąłem krótko, dając do zrozumienia, że dzisiaj nie mam ochoty na dalszą dyskusję. Byłem wykończony, zarówno fizycznie jak i psychicznie i jedyne, o czym teraz myślałem to żeby jak najszybciej usnąć w objęciach Soujirou i z kulką futra w nogach.
- No, to o co ci… - zaczął, ale urwał w połowie. Chyba Elisabeth dała mu znak, żeby przestał, ale nie byłem tego pewien.
Przeszedłem nieco chybotliwym krokiem na parking, nie zdejmując wzroku z asfaltu przed sobą. Nie miałem siły na podziwianie widoczków, a dziwnie bałem się spojrzeć Soujirou w oczy.
Bez słowa wsiadłem do samochodu. Chciałem zapiąć pas, ale mężczyzna powstrzymał mnie gestem ręki. Pociągnął w górę mój podbródek i zmusił do spojrzenia na siebie. Jakieś dwie sekundy przyglądał mi się intensywnie, po czym uśmiechnął się delikatnie i pocałował mnie. Od razu zrobiło mi się chociaż trochę lepiej. Za naszymi plecami rozbrzmiał głos silnika i plotkująca w najlepsze para wyjechała z parkingu. Nie reagowałem, a i mój mężczyzna wyraźnie czekał, aż zostaniemy sami.
- Brawo, mój mały lisku - wyszeptał czule i pogłaskał mnie po udzie. - Xiaogou chciał zostać z Nicholasem w twoim drugim domu, więc mu pozwoliłem na to. Jak tylko przyjedziemy, zrobię ci ciepłą kąpiel - bez zastanowienia kiwnąłem głową.
- Souji? - wyszeptałem nagle. Sam nie wiedziałem, po co.
- Tak, mój mały lisku?
- Kocham cię - uśmiechnąłem się blado i wtuliłem w ramię mężczyzny na tyle, na ile pozwalała mi pozycja i otarcia. Mężczyzna pogładził moje włosy i pozwolił mi tak pozostać przez chwilę. Czułem, jak wszystko zaczyna powoli ze mnie schodzić. Stres, strach, poczucie zagrożenia. I tylko ból szyi nie chciał zniknąć. Tylko ciebie. Byłem wierny.
- Wiem - wyszeptał Soujirou, jak gdyby czytając w moich myślach. - Wiem, mój mały lisku.

~~^.^~~

Aż skrzywiłem się, widząc swoje nogi. Pięty były starte aż do krwi, a skóra straciła swój, zazwyczaj i tak niezbyt nachalny, kolor, idealnie pasując odcieniem do ręcznika, na którym leżały.
- Przygotowałem ci kąpiel, jeśli chcesz - Soujirou usiadł bokiem na oparciu kanapy i pocałował mnie we włosy. - Nie powinienem proponować wysłania cię tam.
- Wręcz przeciwnie - wymruczałem, delektując się delikatną pieszczotą lisiego ucha. - Wolałbym nie wysyłać do Ruskiego żadnej dziewczyny. Moje nazwisko uratowało sytuację - odgiąłem się i wtuliłem w tors mężczyzny. Przymknąłem oczy, chłonąć z kontemplacją dotyk palców Soujirou i ciepło jego ciała. Hurtowo zażyte leki powoli zaczynały działać, ale ciągle nie miałem ochoty dotykać szyi i odświeżać ran. - Co robisz w najbliższym czasie?
- Planowałem wpaść do Cartiera na próbę, żeby zobaczyć, jak mu idzie, ale to może poczekać - stwierdził, cały czas głaszcząc mnie po uchu. - Na co masz ochotę, mój mały lisku?
- Kompletnie na nic - stwierdziłem, przeciągając się leniwie. - Spróbuję się wykąpać i chodźmy już do łóżka, hm?
- Wedle życzenia - mężczyzna uśmiechnął się tajemniczo i wstał. Podszedł, podłożył rękę pod moje kolana i podniósł mniej jak księżniczkę zanim zdarzyłem zaprotestować.
Uwielbiałem go.

~~^.^~~

Przeciągnąłem się z kontemplacją, szukając wyjścia z kłębka pościeli. W końcu udało mi się jakoś wysunąć z plątaniny i usiąść. Soujirou cały czas spał wtulony w rąbek kołdry. Uśmiechnąłem się delikatnie i zgarnąłem mu włosy sprzed oczu. Był taki spokojny i łatwy do zaatakowania, gdy spał. Wczoraj byłem zbyt zmęczony, by myśleć o seksie, ale dzisiaj nic już nie stało na przeszkodzie. Może by tak jakiś uroczy hotel z balkonem?
Rozejrzałem się za telefonem, ale nigdzie nie mogłem go zlokalizować. Skupiłem się, starając sobie przypomnieć szczegóły wczorajszej nocy. Z pewnością miałem go w torebce, ale po przyjeździe od razu go wyciągnąłem żeby zadzwonić do Nicholasa. A potem… Salon.
Zmarszczyłem nos. Zdecydowanie nie chciało mi się iść na dół po komórkę. Przez chwilę biłem się z myślami, ale ostatecznie poczucie odpowiedzialności zwyciężyło. Zbyt dużo rzeczy przychodziło do mnie drogą telefoniczną, bym mógł sobie pozwolić na dłuższy blackout.
Aż skrzywiłem się z bólu, gdy moje stopy po raz pierwszy zetknęły się z podłogą. Sen wytłumił czucie, ale teraz wszystko wróciło ze zdwojoną siłą. Nawet na dywanie czułem się, jak gdybym stąpał po pokruszonym szkle. Powlokłem się ciężko schodami w dół, ważąc każdy krok. Nigdy więcej damskich butów! Jedno szczęście, że poza zielonkawo-fioletowymi śladami palców, nie odczuwałem już aż tak mocno skutków wczorajszego duszenia. Z moją fobią zupełnie bym chyba oszalał.
Byłem w połowie schodów, gdy dobiegło mnie buczenie dzwoniącego CallPhone’a. Nie zdążyłem do niego dojść, a odezwał się jeszcze dwa razy. Zaniepokojony odblokowałem ekran. „5 nieodebranych wiadomości od: Aurel, Aurel, Nicholas, Dmitri, Aurel.” Zanim przeszedłem do kontaktów, Aurelien zadzwonił ponownie. Odebrałem od razu.
- Co jest?
- Hei, wszystko u ciebie w porządku? - spytał podenerwowany Dmitrij w słuchawce.
- Tak, a co? Coś nie tak, Ruski się wycofał? - spytałem, odruchowo starając się przypomnieć sobie na wszelki wypadek, czy mam numer do Elisabeth.
- Jaki Ruski? Nie, nic o tym nie wiem. Mamy większe problemy. Łowcy dziś w nocy urządzili sobie polowanie na naszych - znieruchomiałem na te słowa. Kurwa mać!
- Ile? – zapytałem w końcu i usiadłem na najbliższym fotelu. Skoro dobijali się do mnie o tej porze, nie mogło być nawet choćby i tylko bardzo źle.
- Póki co wiemy o około sześćdziesięciu z Tokio i okolic, kilkunastu z Kioto, ale nie wykluczamy większej ilości. Szukanie trupów zaczęło się dopiero jakieś pół godziny temu - zmroziło mnie. Może i na standardy ludzi było to niewiele w dziesięciomilionowym mieście, ale znana nam społeczność Genusmuto w całym Kanto liczyła sobie może nieco ponad dwa tysiące osób. <<Kanto - region Japonii łączący prefektury Gunma, Tochigi, Ibaraki, Saitama, Tokio, Chiba i Kanagawa. Obecnie zamieszkała przez nieco ponad 42 miliony ludzi, z czego około 10 milionów w Tokio; przyp. aut.>> - Próbowałem skontaktować się z panią Tanią, ale póki co nie mam odpowiedzi z jej strony. Podobno nie tylko w Japonii atakowali, ale bez ciebie niewiele mamy kontaktów na zewnątrz.
- G-gdzie wy teraz jesteście? - spytałem, starając się odsunąć od siebie pierwsze objawy paniki. Kurwa by go brała mać!!! To nie mogło być prawdą! Nie mogło… 
- W siedzibie Wilków. Zaraz powinny się pojawić bliźnięta jeszcze, ale mamy w sumie wszy…
- Przenieście się natychmiast do Kon-Kokko - przerwałem mu, starając się zmusić do myślenia logicznego. Gdyby Łowcy jakimś cudem dowiedzieli się, że większa grupka Genusmuto zebrała się na wyklętych przez ludzi i bogów terenach postindustrialnych, gdzie nawet nikt by nie szukał trupów… Wolałem o tym nie myśleć, żeby nie wpędzić się samemu w paranoję. - Tam jest bezpieczniej, a Horacio będzie pewnie miała już informacje, do jakich ja bym nigdy nie dotarł.
- No mogę powiedzieć reszcie, jak chcesz… - westchnął Rosjanin. Coś zaświstało w słuchawce. Podejrzewałem, że ktoś nowy wszedł do pomieszczenia, bo dosłyszalne były jedynie stłumione przez odległość głosy i trzask mebli. - Poczekaj chwilę - przestawiłem CallPhone’a na tryb głośnomówiący i przejrzałem listę dostępnych kontaktów na Line’ie. Leo jakimś cudem był na nogach, przynajmniej według internetu, więc napisałem do niego krótką wiadomość. A potem, żeby nie tracić czasu, gdy będzie on potrzebny, jeszcze do kilku znajomych z Europy, Stanów i Chin. No i do Nicholasa z pytaniem o jego współrzędne. - Hei, jesteś?
- Mhm - mruknąłem, wychodząc z komunikatora. - Napisałem do kilku osób, została mi tylko frakcja grecka. Co tam się działo?
- Nic takiego, nowe wieści z Tokio. Znaleźli kolejne dwadzieścia trzy ciała - mruknął. Wyczułem po jego głosie, że informację o trupach dostał wraz ze zdjęciami, albo co najmniej dokładną relacją. I że było to coś na tyle drastycznego, że nawet taka maszynka wojenna jak mafioso z genami bastetti nie potrafił zupełnie ukryć emocji.
- Dobra, nie ma co - westchnąłem ciężko. Z jakiegoś powodu ten krótki okres rozsyłania wiadomości w dziwny sposób mnie orzeźwił i zdystansował do sprawy. Może po prostu konieczność działania i zorganizowania się włączyła we mnie poczucie odpowiedzialności i konieczności wydawania decyzji bez emocji. Albo część mózgu odpowiedzialna za te emocje została od wczoraj tak przeciążona, że się zwiesiła i już wszystko jej było jedno. - Ja się zbieram i jadę do świątyni. Po drodze zgarnę jeszcze Moharu z Eskimosami i będziemy myśleć już na miejscu. Cześć! - rozłączyłem się od razu, żeby nie dać się wciągnąć w dalsze dyskusje z bastettim. Cały czas z tyłu głowy migotało mi pytanie, dlaczego dzwonił z telefonu Aureliena, a nie swojego, skoro miał przy sobie też swój telefon.
Nicholas odpowiedział mi już wcześniej, że właśnie wsiada do samochodu i do pół godziny będzie po mnie. Odpisał również Leo - że kontaktuje się ze swoimi słupami w policji, ale wie już o kilku zabitych dzisiaj Genusmuto. Na resztę musiałem czekać.
Wziąłem głęboki oddech, żeby pozbierać myśli. Coraz jaśniejsze dla mnie było, że trzeba działać. I to szybko. Oczywistym stało się, że pomysł pokazania się światu, i to od najlepszej strony biednych, niewinnych ofiar, był dobry. Gdybym tylko wiedział wcześniej, że pojedyncze zabójstwa nie były szczytem możliwości odradzających się Łowców…
Poszedłem z powrotem do pokoju, gdzie Soujirou cały czas spał spokojnie. Nakryłem kołdrą jego nagi brzuch i pocałowałem w policzek. Sięgnąłem po elektroniczny notatnik i napisałem dużymi znakami „Mamy problemy, nie wiem, kiedy wrócę. Nie spuszczaj Xiaogou z oczu i nie oglądaj Wiadomości.” Zawahałem się, po czym dopisałem jeszcze „Kocham cię” i postawiłem urządzenie w widocznym miejscu na biurku, włączając dodatkowo podświetlenie na zielono, żeby Soujirou od razu zauważył wiadomość.
Wciągnąłem na siebie pierwsze, co znalazłem w szafie, a co nadawało się do wygodnego noszenia w każdych warunkach. Wolałem nie zostać kaleką tylko dlatego, że nie mogłem podnieść ręki przez obcisły rękaw albo zahaczyłem o coś powłóczystą nogawką. Zupełnie nie czułem już bólu - najwyraźniej geny kokko i pierwotne instynkty były we mnie na tyle silne, by odciąć od mózgu wszystkie bodźce, które były mi teraz niepotrzebne.
Sięgnąłem jeszcze po kuferek z dragami - cholera wie, co mogłoby mi się przydać, a szukanie po całym ogrodzie zajęłoby więcej czasu, niż mogłem mieć - i zbiegłem na dół. Już stanowczo zbyt długo odkładałem pojedynek z Apokalipsą.