Pasek

Chronica Genusmuto Logo

Chronica Genusmuto Logo

niedziela, 17 grudnia 2017

Rozdział XLI

Obejrzałem się na Elisabeth i przystanąłem, by kobieta zdążyła się ze mną zrównać. Wydawało mi się, że zupełnie nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia, jakie jej dotyczyło jeszcze jakiś czas temu. Lub nie chciała sobie z niego zdawać sprawy.
- Wiesz, możemy częściej załapać się na takie imprezy - rzuciła luźno, gdy wreszcie mnie dogoniła. - Już dawno nie jadłam tak dobrego kawioru.
- Dobrze, że chociaż ty jesteś zadowolona - uśmiechnąłem się lekko. Na więcej nie było mnie stać. Gdy pierwsza adrenalina i poczucie zagrożenia minęło na łodzi odprawiającej nas na ląd, powoli zacząłem odczuwać, jaką siłą dysponował Ruski dusząc mnie. Nawet nie chciałem sobie wyobrażać, co by się stało, gdyby chciał mnie od razu zabić.
- Jess, co cię ugryzło? - Elisabeth uwiesiła się niespodziewanie na moim ramieniu, niemal przewracając mnie na powoli znienawidzonych już szpilkach. - To co, jakieś małe afterpar… co ci się stało z szyję? - ammitka odsunęła się trochę, zdezorientowana.
- Mała sprzeczka o imponderabilia - odpowiedziałem wymijająco. Nie chciałem wytrącać jej z dobrego humoru. Widziałem, że Elisabeth nie do końca mi w to uwierzyła, ale na szczęście nie ciągnęła tematu. Może i zachowywała się z pozoru nierozważnie, ale miała dobrą intuicję interpersonalną i zawsze wycofywała się z nieodpowiedniego tematu. Przynajmniej do czasu. - Pewnie będziemy musieli chwilę poczekać, zanim ktoś po nas przyjedzie. Chcesz wpaść po jakieś drobiazgi do sklepu? - spytałem, kiwając głową w stronę świecących się witryn monopolowego. Nawet w porcie o tej godzinie jakiś się znalazł.
- W sumie… czemu nie - odparła wesoło. - Ty mi tutaj zaraz padniesz na tych szpileczkach, więc może ja się przejdę, co? - zaproponowała, wykonując tanecznym krokiem piruet dookoła mnie. Chciałbym mieć choć odrobinę jej entuzjazmu.
- Jasne. Weź mi fajki - stwierdziłem, sięgając do kopertówki, w której ledwo mieściły się telefon i pieniądze. Ja nie wiem, jak kobiety radzą sobie z takim czymś… Jeszcze na statku Ruski zdążył dać mi niewielki plik banknotów „kieszonkowego na taksówkę”, wizytówkę na fałszywą firmę transportową, za to z prawdziwym numerem i gwarantujący nam nietykalność sygnet. Wiedziałem, że pokazywanie Elisabeth całej sumy nie było najlepszym pomysłem, dlatego wysunąłem jeden banknot i podałem go kobiecie. - Najlepiej cienkie Malboro lub Black Devile, jak będą mieć.
- Ty palisz? - kobieta wzięła ode mnie pieniądze i wsadziła je sobie za stanik. Już druga z bagażem w cyckach…
- Teraz tak - odpowiedziałem cierpko i przysiadłem na murku. - Idź już.
- Gbur  - mruknęła niezadowolona, ale poszła.
Gdy Elisabeth zniknęła za drzwiami sklepu, zrobiło się zupełnie spokojnie. Ciszę przerywało tylko syczenie masywnych, w miarę nowych lamp rozstawionych co jakiś czas na słupach i dających pomarańczowe, niezbyt naturalne światło. Prawie jak w starej grze składankowej.
Odetchnąłem głęboko, starając się ułożyć sobie w głowie to, co stało się na statku. Podejrzewałem, że jednym z kierowców będzie Soujirou, a nie do końca byłem pewny, czy potrafiłem stworzyć odpowiednią dla niego wersję wydarzeń. Było wysoce prawdopodobne, że mężczyzna spotka się kiedyś z Ruskim, a konflikt między tą dwójką nie mógł skończyć się dobrze. Oczywiście na korzyść mafioza. Z drugiej strony, wątpiłem, bym był w stanie gładko skłamać kochankowi, że to jakiś przypadkowy typ chciał mnie udusić. Czasem naprawdę żałowałem, że Soujirou nie był z mojej „branży” i nie był znieczulony na pewne sprawy w stopniu, jaki gwarantowałby mu spokój ducha. Chociaż, wtedy pewnie nie byłbym zainteresowany związkiem z nim. A już na pewno nie w aż takim stopniu, co z moim kochanym, niewinnym Soujirou.
Nawet nie zauważyłem, kiedy Elisabeth wróciła i podetknęła mi pod nos papierosy. Chyba przez te mroczki z niewyspania i zmęczenia emocjonalnego. Dopiero zirytowane kopnięcie w opuchniętą kostkę przywołało mnie do porządku.
- A, to ty - żachnąłem z lekceważeniem, dodatkowo wkurzając Elisabeth. Z braku laku mogłem podroczyć się i z nią. Musiałem na kimś wyładować własną frustrację. - Innych nie było? - spytałem, ostentacyjnie kręcąc nosem. Kobieta kupiła mi zwykłe, grube papierosy niezbyt rozpoznawalnej firmy. Nie, żebym bał się mocnego działania tytoniu, ale pewnie były ohydne w smaku. - Aha, reszta.
- A napiwek za to, że poszłam? - Elisabeth wydęła usta niczym dziecko.
- Mogę ci oddać w naturze, jak chcesz. A forsa z powrotem - stwierdziłem, wyciągając rękę. Kobieta prychnęła niczym urażona kotka, ale położyła mi na dłoni zafoliowany kartonik i jakieś pieniądze. Podejrzewałem, że część sumy schowała już dla siebie, ale nie miałem potrzeby dochodzić paru drobniaków. Ostatecznie cały wątek wyciągnąłem tylko po to, żeby ją wkurzyć. Zębami otworzyłem paczkę i wyciągnąłem jedną fajkę. O dziwo, nie pachniała źle. Powiedziałbym nawet, że czuć było delikatnie słodkawy aromat wanilii. - Nie masz zapalniczki, co? - zagadnąłem, chowając paczkę, z braku opcji, za gorset.
- Jesteś zbyt przewidywalny - stwierdziła ammitka, rzucając mi na kolana drobny przedmiot. Sięgnąłem po niego i okazało się, że była to zapalniczka z rysunkiem gołej mulatki w obroży i pończochach. - Mam nadzieję, że podoba ci się wzór.
- Ideał - mruknąłem, odpalając papierosa. - Możesz mi się tak pokazać następnym razem - zaciągnąłem się, żeby spróbować smaku i ze zdziwieniem zauważyłem, że nie było aż tak źle. Oczywiście, czuć było tę charakterystyczną gorycz tanich, ruskich fajek, ale nie aż tak bardzo, by nie było to do wytrzymania. Z wanilii został tylko rozwiany już zapach przy zapalaniu. - Masz zamiar cały czas tak sterczeć? - spytałem zgryźliwie.
- Może - prychnęła Elisabeth, ale przysiadła się do mnie na murek.
Siedzieliśmy w milczeniu, nie za bardzo widząc temat do rozmowy. Ja nie miałem na to siły i chciałem zachować pozory niefrasobliwości, a i Elisabeth wyjątkowo buzia się zamknęła.
Było ciemno, dość chłodno i nie działo się absolutnie nic, więc czas dłużył się potwornie. Raz czy dwa w oddali pojawił się jakiś portowy kot w poszukiwaniu resztek zostawionych przez dzień przez pasażerów, ale chyba nie znalazł niczego interesującego. Zresztą, kto tam wie koty.
Przez chwilę rozważałem, czy zdjąć te przeklęte buty, ale ostatecznie było na tyle zimno i mokro, że wolałem nie ryzykować. Jeszcze tylko przeziębienia mi brakowało przy mojej odporności na leki. Chyba już nawet zdążyłem się przyzwyczaić do bólu stóp - odciągał choć trochę uwagę od tego w szyi.
Dopalałem drugiego papierosa, gdy z oddali dobiegł nas dźwięk silnika. A w zasadzie, to dość szybko okazało się - dwóch silników. Po dalszej minucie na ulicy przy sklepie pokazało się czerwone mitsubishi i granatowy volkswagen któregoś z Wilków. Skrzywiłem się nieznacznie, dalej niezbyt wiedząc, co powiedzieć Soujirou i rzuciłem kiepa na asfalt. Przygniotłem go obcasem, choć było na tyle wilgotno, że pewnie zgasiłby się i bez tego.
- Dziewczynki już idą spać? - już z daleka przywitał nad Dmitrij. Wyraźnie został oderwany z jakiejś dobrej imprezy. Albo przynajmniej schadzki. Aż mi się nie chciało wierzyć, że wytrzymał „w towarzystwie” bez wódki - Ja wiem, Hei, że z ciebie ostatnio mister formalista, ale Eli też?! - zaśmiał się, gdy wreszcie do nas podszedł. Soujirou najwyraźniej nie chciał się mieszać, bo został przy samochodach, oparty o drzwi mitsubishi.
- Nie miałam wyboru - odpowiedziała zgryźliwie kobieta. - Jak zaczynałam się dobrze bawić, to przyszedł i mnie zapakowali razem z nim na łódkę. A takie tam były ciacha! Jeden to nawet już prawie…
- Te ciacha to tresowani zabójcy - prychnąłem, udając się w stronę samochodów. - I interesowali się tobą tylko dlatego, że Ruski im kazał cię przyskrzynić, gdyby potrzebował zakładnika lub przynęty. Nie schlebiaj sobie.
- Te, a ty co taki obrażony? - zachichotał Dmitrij, przyskakując do mnie. - Myślałem, że wam się udało przekonać Sharilova do…
- Bo się udało - warknąłem krótko, dając do zrozumienia, że dzisiaj nie mam ochoty na dalszą dyskusję. Byłem wykończony, zarówno fizycznie jak i psychicznie i jedyne, o czym teraz myślałem to żeby jak najszybciej usnąć w objęciach Soujirou i z kulką futra w nogach.
- No, to o co ci… - zaczął, ale urwał w połowie. Chyba Elisabeth dała mu znak, żeby przestał, ale nie byłem tego pewien.
Przeszedłem nieco chybotliwym krokiem na parking, nie zdejmując wzroku z asfaltu przed sobą. Nie miałem siły na podziwianie widoczków, a dziwnie bałem się spojrzeć Soujirou w oczy.
Bez słowa wsiadłem do samochodu. Chciałem zapiąć pas, ale mężczyzna powstrzymał mnie gestem ręki. Pociągnął w górę mój podbródek i zmusił do spojrzenia na siebie. Jakieś dwie sekundy przyglądał mi się intensywnie, po czym uśmiechnął się delikatnie i pocałował mnie. Od razu zrobiło mi się chociaż trochę lepiej. Za naszymi plecami rozbrzmiał głos silnika i plotkująca w najlepsze para wyjechała z parkingu. Nie reagowałem, a i mój mężczyzna wyraźnie czekał, aż zostaniemy sami.
- Brawo, mój mały lisku - wyszeptał czule i pogłaskał mnie po udzie. - Xiaogou chciał zostać z Nicholasem w twoim drugim domu, więc mu pozwoliłem na to. Jak tylko przyjedziemy, zrobię ci ciepłą kąpiel - bez zastanowienia kiwnąłem głową.
- Souji? - wyszeptałem nagle. Sam nie wiedziałem, po co.
- Tak, mój mały lisku?
- Kocham cię - uśmiechnąłem się blado i wtuliłem w ramię mężczyzny na tyle, na ile pozwalała mi pozycja i otarcia. Mężczyzna pogładził moje włosy i pozwolił mi tak pozostać przez chwilę. Czułem, jak wszystko zaczyna powoli ze mnie schodzić. Stres, strach, poczucie zagrożenia. I tylko ból szyi nie chciał zniknąć. Tylko ciebie. Byłem wierny.
- Wiem - wyszeptał Soujirou, jak gdyby czytając w moich myślach. - Wiem, mój mały lisku.

~~^.^~~

Aż skrzywiłem się, widząc swoje nogi. Pięty były starte aż do krwi, a skóra straciła swój, zazwyczaj i tak niezbyt nachalny, kolor, idealnie pasując odcieniem do ręcznika, na którym leżały.
- Przygotowałem ci kąpiel, jeśli chcesz - Soujirou usiadł bokiem na oparciu kanapy i pocałował mnie we włosy. - Nie powinienem proponować wysłania cię tam.
- Wręcz przeciwnie - wymruczałem, delektując się delikatną pieszczotą lisiego ucha. - Wolałbym nie wysyłać do Ruskiego żadnej dziewczyny. Moje nazwisko uratowało sytuację - odgiąłem się i wtuliłem w tors mężczyzny. Przymknąłem oczy, chłonąć z kontemplacją dotyk palców Soujirou i ciepło jego ciała. Hurtowo zażyte leki powoli zaczynały działać, ale ciągle nie miałem ochoty dotykać szyi i odświeżać ran. - Co robisz w najbliższym czasie?
- Planowałem wpaść do Cartiera na próbę, żeby zobaczyć, jak mu idzie, ale to może poczekać - stwierdził, cały czas głaszcząc mnie po uchu. - Na co masz ochotę, mój mały lisku?
- Kompletnie na nic - stwierdziłem, przeciągając się leniwie. - Spróbuję się wykąpać i chodźmy już do łóżka, hm?
- Wedle życzenia - mężczyzna uśmiechnął się tajemniczo i wstał. Podszedł, podłożył rękę pod moje kolana i podniósł mniej jak księżniczkę zanim zdarzyłem zaprotestować.
Uwielbiałem go.

~~^.^~~

Przeciągnąłem się z kontemplacją, szukając wyjścia z kłębka pościeli. W końcu udało mi się jakoś wysunąć z plątaniny i usiąść. Soujirou cały czas spał wtulony w rąbek kołdry. Uśmiechnąłem się delikatnie i zgarnąłem mu włosy sprzed oczu. Był taki spokojny i łatwy do zaatakowania, gdy spał. Wczoraj byłem zbyt zmęczony, by myśleć o seksie, ale dzisiaj nic już nie stało na przeszkodzie. Może by tak jakiś uroczy hotel z balkonem?
Rozejrzałem się za telefonem, ale nigdzie nie mogłem go zlokalizować. Skupiłem się, starając sobie przypomnieć szczegóły wczorajszej nocy. Z pewnością miałem go w torebce, ale po przyjeździe od razu go wyciągnąłem żeby zadzwonić do Nicholasa. A potem… Salon.
Zmarszczyłem nos. Zdecydowanie nie chciało mi się iść na dół po komórkę. Przez chwilę biłem się z myślami, ale ostatecznie poczucie odpowiedzialności zwyciężyło. Zbyt dużo rzeczy przychodziło do mnie drogą telefoniczną, bym mógł sobie pozwolić na dłuższy blackout.
Aż skrzywiłem się z bólu, gdy moje stopy po raz pierwszy zetknęły się z podłogą. Sen wytłumił czucie, ale teraz wszystko wróciło ze zdwojoną siłą. Nawet na dywanie czułem się, jak gdybym stąpał po pokruszonym szkle. Powlokłem się ciężko schodami w dół, ważąc każdy krok. Nigdy więcej damskich butów! Jedno szczęście, że poza zielonkawo-fioletowymi śladami palców, nie odczuwałem już aż tak mocno skutków wczorajszego duszenia. Z moją fobią zupełnie bym chyba oszalał.
Byłem w połowie schodów, gdy dobiegło mnie buczenie dzwoniącego CallPhone’a. Nie zdążyłem do niego dojść, a odezwał się jeszcze dwa razy. Zaniepokojony odblokowałem ekran. „5 nieodebranych wiadomości od: Aurel, Aurel, Nicholas, Dmitri, Aurel.” Zanim przeszedłem do kontaktów, Aurelien zadzwonił ponownie. Odebrałem od razu.
- Co jest?
- Hei, wszystko u ciebie w porządku? - spytał podenerwowany Dmitrij w słuchawce.
- Tak, a co? Coś nie tak, Ruski się wycofał? - spytałem, odruchowo starając się przypomnieć sobie na wszelki wypadek, czy mam numer do Elisabeth.
- Jaki Ruski? Nie, nic o tym nie wiem. Mamy większe problemy. Łowcy dziś w nocy urządzili sobie polowanie na naszych - znieruchomiałem na te słowa. Kurwa mać!
- Ile? – zapytałem w końcu i usiadłem na najbliższym fotelu. Skoro dobijali się do mnie o tej porze, nie mogło być nawet choćby i tylko bardzo źle.
- Póki co wiemy o około sześćdziesięciu z Tokio i okolic, kilkunastu z Kioto, ale nie wykluczamy większej ilości. Szukanie trupów zaczęło się dopiero jakieś pół godziny temu - zmroziło mnie. Może i na standardy ludzi było to niewiele w dziesięciomilionowym mieście, ale znana nam społeczność Genusmuto w całym Kanto liczyła sobie może nieco ponad dwa tysiące osób. <<Kanto - region Japonii łączący prefektury Gunma, Tochigi, Ibaraki, Saitama, Tokio, Chiba i Kanagawa. Obecnie zamieszkała przez nieco ponad 42 miliony ludzi, z czego około 10 milionów w Tokio; przyp. aut.>> - Próbowałem skontaktować się z panią Tanią, ale póki co nie mam odpowiedzi z jej strony. Podobno nie tylko w Japonii atakowali, ale bez ciebie niewiele mamy kontaktów na zewnątrz.
- G-gdzie wy teraz jesteście? - spytałem, starając się odsunąć od siebie pierwsze objawy paniki. Kurwa by go brała mać!!! To nie mogło być prawdą! Nie mogło… 
- W siedzibie Wilków. Zaraz powinny się pojawić bliźnięta jeszcze, ale mamy w sumie wszy…
- Przenieście się natychmiast do Kon-Kokko - przerwałem mu, starając się zmusić do myślenia logicznego. Gdyby Łowcy jakimś cudem dowiedzieli się, że większa grupka Genusmuto zebrała się na wyklętych przez ludzi i bogów terenach postindustrialnych, gdzie nawet nikt by nie szukał trupów… Wolałem o tym nie myśleć, żeby nie wpędzić się samemu w paranoję. - Tam jest bezpieczniej, a Horacio będzie pewnie miała już informacje, do jakich ja bym nigdy nie dotarł.
- No mogę powiedzieć reszcie, jak chcesz… - westchnął Rosjanin. Coś zaświstało w słuchawce. Podejrzewałem, że ktoś nowy wszedł do pomieszczenia, bo dosłyszalne były jedynie stłumione przez odległość głosy i trzask mebli. - Poczekaj chwilę - przestawiłem CallPhone’a na tryb głośnomówiący i przejrzałem listę dostępnych kontaktów na Line’ie. Leo jakimś cudem był na nogach, przynajmniej według internetu, więc napisałem do niego krótką wiadomość. A potem, żeby nie tracić czasu, gdy będzie on potrzebny, jeszcze do kilku znajomych z Europy, Stanów i Chin. No i do Nicholasa z pytaniem o jego współrzędne. - Hei, jesteś?
- Mhm - mruknąłem, wychodząc z komunikatora. - Napisałem do kilku osób, została mi tylko frakcja grecka. Co tam się działo?
- Nic takiego, nowe wieści z Tokio. Znaleźli kolejne dwadzieścia trzy ciała - mruknął. Wyczułem po jego głosie, że informację o trupach dostał wraz ze zdjęciami, albo co najmniej dokładną relacją. I że było to coś na tyle drastycznego, że nawet taka maszynka wojenna jak mafioso z genami bastetti nie potrafił zupełnie ukryć emocji.
- Dobra, nie ma co - westchnąłem ciężko. Z jakiegoś powodu ten krótki okres rozsyłania wiadomości w dziwny sposób mnie orzeźwił i zdystansował do sprawy. Może po prostu konieczność działania i zorganizowania się włączyła we mnie poczucie odpowiedzialności i konieczności wydawania decyzji bez emocji. Albo część mózgu odpowiedzialna za te emocje została od wczoraj tak przeciążona, że się zwiesiła i już wszystko jej było jedno. - Ja się zbieram i jadę do świątyni. Po drodze zgarnę jeszcze Moharu z Eskimosami i będziemy myśleć już na miejscu. Cześć! - rozłączyłem się od razu, żeby nie dać się wciągnąć w dalsze dyskusje z bastettim. Cały czas z tyłu głowy migotało mi pytanie, dlaczego dzwonił z telefonu Aureliena, a nie swojego, skoro miał przy sobie też swój telefon.
Nicholas odpowiedział mi już wcześniej, że właśnie wsiada do samochodu i do pół godziny będzie po mnie. Odpisał również Leo - że kontaktuje się ze swoimi słupami w policji, ale wie już o kilku zabitych dzisiaj Genusmuto. Na resztę musiałem czekać.
Wziąłem głęboki oddech, żeby pozbierać myśli. Coraz jaśniejsze dla mnie było, że trzeba działać. I to szybko. Oczywistym stało się, że pomysł pokazania się światu, i to od najlepszej strony biednych, niewinnych ofiar, był dobry. Gdybym tylko wiedział wcześniej, że pojedyncze zabójstwa nie były szczytem możliwości odradzających się Łowców…
Poszedłem z powrotem do pokoju, gdzie Soujirou cały czas spał spokojnie. Nakryłem kołdrą jego nagi brzuch i pocałowałem w policzek. Sięgnąłem po elektroniczny notatnik i napisałem dużymi znakami „Mamy problemy, nie wiem, kiedy wrócę. Nie spuszczaj Xiaogou z oczu i nie oglądaj Wiadomości.” Zawahałem się, po czym dopisałem jeszcze „Kocham cię” i postawiłem urządzenie w widocznym miejscu na biurku, włączając dodatkowo podświetlenie na zielono, żeby Soujirou od razu zauważył wiadomość.
Wciągnąłem na siebie pierwsze, co znalazłem w szafie, a co nadawało się do wygodnego noszenia w każdych warunkach. Wolałem nie zostać kaleką tylko dlatego, że nie mogłem podnieść ręki przez obcisły rękaw albo zahaczyłem o coś powłóczystą nogawką. Zupełnie nie czułem już bólu - najwyraźniej geny kokko i pierwotne instynkty były we mnie na tyle silne, by odciąć od mózgu wszystkie bodźce, które były mi teraz niepotrzebne.
Sięgnąłem jeszcze po kuferek z dragami - cholera wie, co mogłoby mi się przydać, a szukanie po całym ogrodzie zajęłoby więcej czasu, niż mogłem mieć - i zbiegłem na dół. Już stanowczo zbyt długo odkładałem pojedynek z Apokalipsą.

niedziela, 10 grudnia 2017

Rozdział XL

Przyjrzałem przez bulaj i aż się skrzywiłem. Ląd powoli zaczynał się od nas oddalać… w zasadzie to my od lądu, ale byłem w humorze pozwalającym mi na uwierzenie w to pierwsze. Co mnie podkusiło do zabrania Soujirou na wczorajsze zebranie?!
- Chyba nie masz choroby morskiej, co? - zażartowała siedząca obok mnie Elisabeth. Wyraźnie widziałem, że bawiła się świetnie. Płynęliśmy na prywatny statek, na którym miało się odbyć przyjęcie. Obecne prawo zakazywało prowadzenia stałych punktów gier hazardowych, dlatego też mafia niemal od razu ominęła ten zakaz organizując kasyna w pociągach, na statkach, czasem nawet w zwykłej przyczepie kempingowej lub autokarze. Zresztą, byłem zdania, że poprawka ustawowa służyła właśnie umożliwieniu tego typu obejść.
- Zazwyczaj nie biję kobiet, ale nie radziłbym testować mojej cierpliwości - wysyczałem i poprawiłem zdobioną szpilkę, przez którą już od dłuższego czasu czułem nieprzyjemne ciągnięcie włosów nad uszami. Na całe szczęście jeszcze niedawno zwykłem nosić dużo spinek i sztucznych dopinek, inaczej teraz bym zwariował. W ramach przygotowanie Huian spięła mi włosy w wysoki kucyk i doczepiła chyba ze dwa zestawy długich doczepek, sięgających mi niemal do pasa. Dla świętego spokoju błękitne oczy zamaskowałem ciemnobrązowymi soczewkami, przez co miałem teraz niemal czarne tęczówki, dodatkowo wzmocnione mocnym, „kocim” makijażem i soczyście czerwoną szminką na ustach. W kwestii ubioru Huian również zaszalała zupełnie nie w tym kierunku, w jakim bym sobie życzył i miałem teraz na sobie dość klasyczną sukienkę podobną do kimona i szeroki, zdobiony gorset. Na szczęście ukrywała brak piersi i wcięcia w talii, a zwracała uwagę głównie na nogi, na które narzekać nie mogłem. Zwłaszcza wciśnięte w rozmiar za małe rajstopy i smukłe buty na niskiej szpilce. Przez ponad dwie godziny dziewczęta Shena i Elisabeth tłumaczyły mi, jak się na tym nie zabić. Zdecydowanie nie czułem się dobrze w tak nienaturalnych butach, ale przynajmniej potrafiłem już zachować mniej więcej równowagę podczas chodzenia po prostym terenie.
Gdy tylko Zu mnie zobaczył, wiedziałem, jak bardzo zły był to pomysł. Od razu wiedział, że to ja, bez względu na to, jak bardzo kobieco bym nie wyglądał. A musiałem przyznać, że połączone siły Huian i Elisabeth zdziałały cuda i sam mogłem nawet uwierzyć w to, że stałem się kobietą. Przynajmniej fizycznie. Jedno w tym wszystkim dobre, że jeszcze wczoraj wieczorem zadzwoniłem do Shena i powiedziałem mu, że będę potrzebować pomocy. Wreszcie wyjawiłem mu też mój plan. Oczywiście z pominięciem powodu, dla którego chciałem, by Ruski został donem.
Popatrzyłem za przeciwległy bulaj, ale nie byłem w stanie zobaczyć nic prócz nieco zachmurzonego nieba. Dookoła nas dziesiątki młodych kobiet przebierało się w wyzywające stroje, malowało lub po prostu plotkowało. Zauważyłem nawet kilka wyraźnie nieletnich dziewczyn, ale nie dziwiło mnie to zbytnio. I tak wszystkie albo były dziwkami, albo zostały porwane i przetrzymywane przez mafię tylko dla ładnej buźki. Grecy mieli swoje niewolnice, współczesna mafia miała te dziewczyny. Wodząc wzrokiem po twarzach byłem niemal pewny, które należały do której kategorii.
- Wy chyba jesteście nowe, nie? - zagadnęła jedna z bardziej rozgarniętych kobiet. Od razu widać było, że któreś z jej rodziców było Europejczykiem, prawdopodobnie Latynosem. - Nie kojarzę was, więc pewnie tak - stwierdziła i bez pytania przysiadła się na naszą ławkę. Musiałem ugryźć się w język, żeby powstrzymać się przez powiedzeniem czegoś. To Elisabeth miała ściągać na siebie uwagę, a ja grać nieśmiałą, niemą piękność. Ruski podobno gustował w małomównych i dobrze wyszkolonych dziewczynach.
- Tsa, a ty to kto? Nie wspominali nam, że będzie tu jakaś kierowniczka działu personalnego? - odcięła się ammitka, bez problemu grając butną i pyskatą. Zresztą, nie musiała aż tak bardzo grać.
- Wyluzuj, laska - nasza nowa towarzyszka nie wydawała się być w jakikolwiek sposób zdziwiona takim zachowaniem. Najwyraźniej pracowała już na tyle długo, by spotkać wiele dziewcząt z różnym nastawieniem i do wszystkiego się przyzwyczaiła. - Po prostu chciałam się poznać. Co ty jeszcze nie wiesz, jakie tutaj są zasady?
- Nie prosiłam się o twoje zasady - prychnęła Elisabeth teatralnie i wstała. - Chodź, Kanako, idziemy - pociągnęła mnie za rękaw i poprowadziła w niezbyt precyzowanym kierunku. Kanako… głupszego imienia nie mogła wymyślić. No, ale przynajmniej nie rzucało się w uszy. Chciałem jej coś powiedzieć, ale z tego całego zamieszania zapomnieliśmy opracować jakikolwiek system komunikacji niepolegający na tym, że ona mówiła, a ja cierpliwie znosiłem wszystko, co wymyśliła i od czasu do czasu się uśmiechałem lub spuszczałem wzrok. - Zasady, wymyśliła? - kontynuowała, jak gdyby naprawdę była zirytowana na nieznajomą. - Słyszałaś, Kanako? Kurwi się tak jak wszystkie, a zgrywa cnotkę z Caritasu - nie udało mi się powstrzymać śmiechu, ale na szczęście zorientowałem się w porę i zakryłem powłóczystym rękawem usta, by wyglądało to na dystyngowany chichot i zlało się z głosami innych. Nie przypuszczałem, że Elisabeth użyje takiego języka.

~~^.^~~

Impreza trwała już w najlepsze i powoli zaczynało mi się kręcić w głowie od zapachu alkoholu, dragów i potu. Wszyscy w garniturach i z głową trzy metry nad ziemią, a i tak poza ubiorem i cennikiem kasyno nie różniło się niczym od meliny z podchmielonymi salarymanami bez yena przy duszy. Czułem, że dłużej nie wytrzymam w zamkniętych ścianach, dlatego obszedłem poleconych mi gości na tyle szybko, na ile pozwalały mi buty i odstawiłem tacę, chcąc udać się na pokład.
- A dokąd to, moja ptaszyno? - usłyszałem ochrypnięty głos za sobą i zostałem brutalnie pociągnięty w tył. Musiałem skupić całą swoją uwagę na niesięgnięciu pod gorset po ukryty sztylet. - Taka piękna dupcia i już nas opuszcza? - spróbowałem wyrwać się i złapać równowagę, ale średnio mi to wyszło. W poczuciu nagłej paniki rozejrzałem się za Elisabeth, ale nie mogłem jej nigdzie zauważyć. - Gdzie?! - syknął mężczyzna, krzywiąc się z bólu od nadepnięcia szpilką na jego stopę. Na moje nieszczęście, tylko tym go wkurzyłem. - Szef chce cię widzieć i radzę stępić te pazurki, jak nie chcesz skończyć jako karma dla piranii - znieruchomiałem na te słowa. Byłem prawie pewny, że mogły się ziścić, a z dwojga złego wolałem już liczyć na łut szczęścia niż otwarcie wypowiadać przegraną z góry wojnę. Szef… Ruski?
Bez dalszego sprzeciwu, podążyłem za mężczyzną, cały czas starając się wypatrzyć i jakoś zaalarmować Elisabeth. Kurwa mać, miała się trzymać blisko mnie! Przeszliśmy przez główny tłum aż dotarliśmy do schodów na wyższy poziom nadbudówki. W międzyczasie zdążyłem zauważyć, że pod skórzana kurtką i spranymi jeansami kryją się całkiem pokaźnie, typowe dla yakuzy tatuaże. Faktycznie, facet sprawiał wrażenie goryla kogoś ważnego w półświatku. W dodatku goryla z dość dużym doświadczeniem.
Gdy dotarliśmy pod schody, mężczyzna poczekał, aż go dogonię i popchnął przodem.
- Ruszaj się, kiciu! I nawet nie myśl o ucieczce - przełknąłem ślinę i niepewnie stanąłem na pierwszym stopniu. Już na równym gruncie ledwo nadążałem na obcasach, teraz byłem już niemal pewien, że prędzej czy później się wypierdolę z iście komiksowym hukiem i kłębkiem kurzu dookoła. Facet najwyraźniej źle zinterpretował moje wahanie, bo poczułem ostry ból w krzyżu. - No już! - prawie zapomniałem, że miałem grać niemowę, ale na szczęście zdążyłem stłumić krzyk w gardle i tylko popatrzyłem z nienawiścią na chama.
Niepewnie i trzymając się kurczowo poręczy, ale w końcu udało mi się wejść na piętro w asyście niecierpliwiącego się goryla. Ten, wyraźnie czerpiąc satysfakcję z mojej miny wydymanego prawiczka, od razu poprowadził mnie dalej.
Ta platforma wyglądała zupełnie inaczej niż dolna. Aż ociekała złotymi zdobieniami i prawdziwie rosyjskim przytupem wizualnym. Mimo wszystko, miało to swój barokowy urok.
Przestałem mieć złudzenia, że granie nieświadomej, zagubionej dziewczynki cokolwiek da i, trzymając rękę blisko sztyletu dla choćby i złudzenia bezpieczeństwa, poszedłem nieco chwiejnym krokiem za przewodnikiem. W końcu doszliśmy do masywnych, strzeżonych przez dwójkę rosłych mężczyzn drzwi.
- Szef ją chciał - oznajmił mój goryl i popchnął mnie w kierunku jednego ze strażników. Ten tylko kiwnął zdawkowo głową i przejął mnie niemal w locie. Wydawało mi się, że był nieco delikatniejszy od swojego poprzednika, ale dalej wiele mu brakowało do gentlemana.
- Wchodź - oznajmił chropowatym głosem i otworzył przede mną drzwi. Po sile, jaką musiał w to włożyć już widziałem, że nawet po treningu Dmitrija nie miałem szans na ucieczkę. Choćby i zakładając, że z jakiegoś powodu obaj by zniknęli sprzed drzwi na szybkie odcedzenie kartofelków, czy coś.
Gdy drzwi się za mną zamknęły, rozejrzałem się niepewnie po pomieszczeniu. Od razu było widać rosyjska rękę - jedna ze ścian została zakryta niemal całkowicie przez wiszący na niej dywan z inscenizacją polowania, pod sufitem wisiał wielki żyrandol z masą sznurów z kryształkami, a całe umeblowanie wydawało się jakieś takie przesadzone. Poza tym, jednym z głównych elementów wystroju była wielka, przeszklona szafa z wysokoprocentowym alkoholem - wódką, whiskey, awamori. Nawet spirytusem.
Na kanapie na środku pokoju siedział rozparty i cholernie pewny siebie mężczyzna po czterdziestce. Nawet zakochany po uszy w Soujirou, nie mogłem mieć pewności, co by się wydarzyło, gdyby chciał mnie dla siebie. Czarne, falowane włosy, dwudniowy zarost, sylwetka wymagająca godzin poświęceń na siłowni i te cholernie pociągające, stalowe oczy przeszywające mnie na wylot aż do duszy.
- Po co ten strach? - zaśmiał się teatralnie. Jego głos był dość niski, ale i przyjemnie drapieżny i uwodzicielski. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że nie miał ani krzty rosyjskiego akcentu, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić u Dmitrija lub Miszy. - Chyba nie boisz się takiego mężczyzny jak ja, moja kruszynko? - podszedł do mnie powoli i pogłaskał po policzku. Wręcz czule, jak gdyby naprawdę chciał mnie uwieść. Zagryzłem zęby i powtórzyłem kilka razy w myślach „masz Soujiego, masz Soujiego”, żeby nie spuścić gardy.
- Skąd o mnie wiesz? - spytałem, nawet nie próbując imitować kobiecego głosu. Nie wierzyłem, że Ruski by się na to nabrał. A nawet, gdyby tak się stało, nie miałoby to najmniejszego sensu.
- Naprawdę myślisz, że ktoś o mojej pozycji nie ma swoich wtyk u pracowników? Taszka już dawno mi zameldowała, że Zu osobiście oddelegował dwie dziewczynki do obsługi. Naprawdę wierzyliście, że mi to umknie? - mężczyzna zachichotał, podszedł do barku i sięgnął po karafkę z naprawdę dobrą, starą whiskey. - Chyba nie muszę ci tłumaczyć, że i tak nie masz szans na ucieczkę, nie? Proponuję spędzić ten wieczór w przyjemnej atmosferze. Napijesz się?
- Chętnie - odparłem, dalej nie tracąc czujności. Było wysoce prawdopodobne, że mężczyzna będzie chciał mi podać jakiś narkotyk. Na szczęście tego nie musiałem się obawiać. W odróżnieniu od broni palnej, czy choćby i porządnego ciosu pięści. - Tasza to ta dziewczyna, która zagadywała Eli, tak? - spytałem z udawaną lekkością i usiadłem na stojącym najbliżej okna fotelu.
- Niezła dupcia, nie? Masz - mężczyzna podał mi szklankę z alkoholem. Nie myśląc wiele, wychyliłem na raz ponad połowę. - To cóż to się stało, że aż Zu ryzykuje tyłkiem wysyłając szpiegów na mój teren?
- Z jego strony? Zwykła koleżeńska przysługa - odpowiedziałem, zakładając nogę na nogę. Omal nie westchnąłem z ulgą, gdy wreszcie chociaż jedna stopa oderwała się na dłużej od ziemi i mogłem chociaż trochę dać jej odpocząć. - Jestem tu w imieniu zupełnie kogoś innego. Chcemy, żebyś przejął po młodym Fangjim pozycję i został donem - oznajmiłem spokojnym głosem. Bogom na niebie i ziemi dziękować, że wczoraj Soujirou ćwiczył ze mną przez całe popołudnie, co mam robić, żeby wyjść na pewnego siebie, inaczej chyba już bym wpadł w panikę. Zwłaszcza, że nie miałem pojęcia, co się stało z Elisabeth. Modliłem się, żeby okazało się, że tylko zabalowała w kiblu z jakimś gościem.
- A miałbym opuścić wygodną i równie wpływową posadkę, ponieważ? - mężczyzna przysiadł się tuż przy mnie i przejechał palcem wzdłuż mojej żuchwy. Tym razem już bardziej w ostrzegawczym geście. Kurwa mać, co mnie podkusiło, żeby się tu pchać?! - Mam nadzieję, że przemyślałeś dwa razy, do kogo idziesz zanim się tu pojawiłeś.
- Nie zrobisz mi nic - stwierdziłem, starając się za wszelką cenę, by mój głos nie zdradził tego, co teraz działo się w mojej głowie. - I Eli też nie. Za dużo masz do stracenia w Rosji, żeby ryzykować tylko dla odstrzelenia niegroźnego szczyla.
- Ciekawe - wymruczał mężczyzna wprost do mojego ucha, sięgając do zapięcia gorsetu. - A czym miałby mi „niegroźny szczyl” przeszkadzać w ma tuszce Rasiji, hm?
- Tym, że Tanya ma władzę absolutną nad niemal wszystkimi szlakami przechodzącym przez matuszkę - odparłem, odsuwając rękę Ruskiego. - Możesz być pewny, że Tanya dowie się, jeśli nie wrócę jutro cały i co najwyżej lekko podpity. Tanya Longmilov, rzecz jasna - uśmiechnąłem się uwodzicielsko. - Chyba pamiętasz jeszcze nazwisko Guyie, prawda? - tym razem to ja pogłaskałem mężczyznę po szyi. Souji, wybacz, wyższa konieczność. - I to, że to właśnie dzięki zu fu << zu fu, chiń. 祖父 - dziadek od strony ojca; przyp. aut.>> obaj mogliście uciec z Kamczatki i urządzić się - ledwo dokończyłem, a zostałem przyciśnięty za szyję do oparcia. Nie!!! W panice sięgnąłem do sztyletu, ale moja ręka też została nieruchomiona. Gdy wreszcie zdołałem coś dostrzec przez łzy, zorientowałem się, że Ruski jest wściekły.
- Nie waż się używać tego nazwiska. Nie wykręcisz się panią Longmilov - wysyczał przez zęby, zacieśniając uścisk. Spróbowałem odkaszlnąć, żeby zyskać choć trochę swobody i powietrza, ale adrenalina powoli zaczynała uderzać mi do głowy, uniemożliwiając chłody osąd.
- Puść! To moje nazwisko - mimo sytuacji, udało mi się jakoś wychrypieć te kilka słów. Uścisk zelżał, a ja zsunąłem się z fotela, dysząc ciężko. Chciałem rozmasować szyję, ale wzdrygnąłem się na dotyk swojej własnej dłoni. A myślałem, że Soujirou pomógł mi już pozbyć się mojej fobii.
- O czym ty pierdolisz?! - warknął ostro Ruski, ale już dając mi fizyczną swobodę. Słyszałem, że nalewał sobie whiskey. - Shifu miał tylko jednego syna i to zdecydowanie nie byłeś ty tylko…
- Liwei - dokończyłem za niego i zakaszlałem, próbując pozbyć się uczucia, że cały czas na mojej szyi zaciska się sznur. - Mój ojciec. Zmarł nieco ponad pięć lat temu, potrącony, prawdopodobnie przez kogoś ze Sztyletów - stwierdziłem i, wciąż kaszląc, wstałem. - Albo Łowcę, teraz nie do dojścia.
- Liwei nie żyje? - mężczyzna zdawał się autentycznie zszokowany tym faktem. - Daj mi chwilę - dodał, wyciągnął telefon i już po chwili rozmawiał z kimś po rosyjsku. Nawet nie próbowałem go słuchać, tylko sięgnąłem po szklankę i spróbowałem przepić nieprzyjemne uczucie.
- Co z Elisabeth? - spytałem, gdy wreszcie skończył.
- To ta blondynka? Moi chłopcy jej pilnują, nic jej nie będzie - odpowiedział, dużo delikatniej niż wcześniej. - Wybacz za to wcześniej, nie miałem pojęcia, że dziecko Liweia przeżyło. Gdy się ostatni raz widzieliśmy, było to wątpliwe.
- Dlaczego? - wypaliłem bez zastanowienia, zapominając zupełnie o swoim położeniu. Mężczyzna popatrzył na mnie i uśmiechnął się tajemniczo. Mimo, że po ataku straciłem jakikolwiek pociąg seksualny do niego, wciąż zauważałem, jak cholernie był przystojny. I świadomy tego.
- Nie mnie powinieneś pytać tylko matki. A zresztą, pewnie i tak nic ci nie powiedzieli.
- M-matki… ? - wydukałem w końcu, ledwo nad sobą panując. Nigdy bym nie pomyślał, że to tutaj się dowiem, kim była.
- Nie mnie o to pytaj, złożyłem przysięgę - stwierdził krótko. Wydawało mi się, że Ruski był w pewien sposób rozbawiony moją reakcją. - Szukaj w Memoriae, podobno tam wszystko jest.
- Już mi ta stara lisica coś powie - mruknąłem niezadowolony. Czułem jednak, że  i tak nic więcej się nie dowiem, więc wolałem odpuścić temat. Mężczyzna dał mi więcej informacji, niż mógłbym od niego oczekiwać. No to Xin’ai będzie się musiała tłumaczyć. - O ile nie masz w planach znowu uskuteczniać jakiegoś pierdolonego BDSM, pozwolisz, że wrócę do pierwszego tematu - stwierdziłem w końcu, ostrożnie ważąc słowa. Pięknie będę wyglądał za jakieś dwa dni, jak wszystko się ukrwi. - Weźmiesz to stanowisko, czy nie?
- Po co? - spytał rzeczowo Ruski, ale wyraźnie nie był już aż tak rozśmieszony moją propozycją.
- Bo tylko ty masz wpływy i zdolności, żeby przejąć stołek zamiast tego skurwysyna od Łowców.
- A młody Fangji? Bez problemu przejmie wpływy po ojcu, jak mu podrzucę kilku swoich ludzi - Ruski sięgnął po telefon, wyraźnie chcąc zatelefonować do tych „swoich ludzi”.
- Shen chce się uniezależnić. Nie wierzę, że nie masz u niego jakiejś laski, która by ci nie wspomniała o tym, że się oszczenił - stwierdziłem, dolewając sobie alkoholu z karawki i przepijając go na raz. Nie pomogło. - Nie wmówisz mi, ze wizja odegrania się za Meguro od środka cię nie interesuje. Wiem, że straciliście wtedy oboje rodziców i siostrę. No i dach nad głową. << Meguro-ku - dzielnica Tokio, tutaj aluzja do posiadłości Guyie; przyp. aut.>>
- Jak sam zauważyłeś, Bahaj cały czas dalej oddycha. Nie zrobię nic dopóki ten skurwersyn jest nad ziemią - przez chwilę wydawało mi się, że Ruski jest prawdziwie zrezygnowany. Nie mogłem aż uwierzyć w to, że ten dumny mężczyzna nie był w stanie poradzić sobie z takim karaluchem. A jednak nawet on…
- Więc jego też wykończ od środka. Nawet Bahaj będzie się bał podnieść rękę na dona jeśli nie będzie miał wystarczająco dużo forsy i ludzi, żeby się odgryźć - coś mi podpowiadało, że wystarczyło go przekonać o naszej sile, by się zgodził. A przynajmniej sprawić, by uwierzył, ze ta siła jest. - A jak wykorzysta pieniądze Łowców spoza Sztyletów, możesz liczyć na moją pomoc. Moją i moich… powiedzmy, że ludzi.
- Dużo tych ludzi? - spytał bardziej z kronikarskiego obowiązku niż faktycznej wiary w moje możliwości.
- Nie aż tylu, żeby sami dali sobie z nim radę. No, ale w razie potrzeby postawię na nogi choćby całą Japonię. Mam na to swoje sposoby - wysyczałem z mocą. Chyba nawet sam w to wierzyłem, że z pomocą Soujirou byłem w stanie przeciągnąć media i zwykłych ludzi na swoją stronę. Chyba nawet miałem plan, jak to zrobić. - Tym razem chuje zadławią się własnymi zębami na tyle skutecznie, żeby zdechnąć - za moimi plecami rozległ się śmiech. Obejrzałem się skonsternowany na Ruskiego. Siedział i śmiał się coraz bardziej.
- No tak, zdecydowanie jesteś Guyie - stwierdził w końcu, gdy uspokoił się trochę. - Nie wierzę ani w procencie w to, co sobie ułożyłeś w tej główce… ale możemy spróbować. Jak umierać, to chociaż z przytupem. Historia lubi takich idiotów.
- W takim razie czekam na ciebie w piątek - rzuciłem lekko i wyciągnąłem dłoń, by przypieczętować nasz deal.
- W takim razie w piątek - odpowiedział z ociąganiem, ściskając moją dłoń.

Rozdział XXXIX

Wszedłem po cichu do apartamentu. Już w windzie uprzedziłem Xiaogou, że ma nie robić zbyt wiele hałasu. Byłem pewien, że Souji będzie jeszcze spać. Przeszliśmy do salonu i okazało się, że nie spał. Chociaż widać było, że oczy same mu się kleiły, siedział w fotelu i coś notował w zeszycie, zupełnie pochłonięty pracą.
- Souji? - spytałem miękko, zwracając na siebie jego uwagę.
- To ty - stwierdził sucho. Jeszcze nigdy nie wyczułem od niego aż takiego chłodu.
- Souji, ja… - zacząłem, ale sam nie wiedziałem, co powinienem powiedzieć. Chciałem mu tyle wytłumaczyć, ale żadne ze znanych mi słów w jakimkolwiek języku nie wydawało się być odpowiednim, by nim zacząć. - Przepraszam - wyszeptałem w końcu.
- Przepraszasz? A za cóż to może przepraszać taki ideał chodzący, jaśniepan, co? - prychnął mężczyzna z wyraźną pogardą. Xiaogou pociągnął mnie za rękę w pytaniem wymalowanym na twarzy. Uśmiechnąłem się tylko blado i podszedłem do mężczyzny.
- Za wszystko - odpowiedziałem jeszcze ciszej. - Souji, ja wiem, że ciągle tylko nawalam. Że spóźniam się do domu. Że zapominam o obietnicach. Że każda nasza rozmowa kończy się kłótnią. Że ryzykujesz dla mnie reputacją, a ja to ciągle wykorzystuję. Ja… ja naprawdę przepraszam.
- A za zdradę? - zmroziło mnie. Nie miałem zamiaru udawać idealnego kochanka, ale od czasu rozwiązania problemów z Zu nie spałem z nikim poza Soujirou i nawet nie miałem pojęcia, o kim mężczyzna mógł myśleć.
- Jaką zdradę? Souji, ja ci mogę przysiąc na cokolwiek tylko chcesz, że z nikim nie spałem - machnąłem ręką, poganiając Xiaogou, żeby poszedł do pokoju. Nie wiem, dlaczego, ale czułem, że nie powinniśmy rozmawiać przy nim. - Souji, ty mi musisz wierzyć, ja…
- Spotkałeś się z tym twoim byłym fagasem z mafii. A potem spędziłeś całą noc sam na sam z Tarnee - przerwał mi ostro, wreszcie odkładając zeszyt i patrząc na mnie. Chyba już wolałem jego wściekłe spojrzenie od tej obojętności i wyrachowania.
- Do Zu pojechałem w sprawach mafii. On organizuje narkotyki i obsługę na imprezie organizowanej przez jednego z ważniejszych ludzi w Czerwonych Sztyletach, z którym muszę się spotkać. Chciałem załatwić możliwość wejścia na tę imprezę. Udało mi się, w piątek wysyłam tam dwie dziewczyny, najprawdopodobniej któreś Genusmuto. Chcę, żeby porozmawiały z tym organizatorem w sprawie wyboru nowego przywódcy Czerwonych Sztyletów, jak to obiecałem Shenowi - mówiłem niemal na jednym tchu. Miałem niejasne przeświadczenie, że jeśli przestanę mówić, Soujirou zacznie mnie podejrzewać o oszustwo. I tak chciałem z nim porozmawiać o tym, co się ostatnio działo, chociaż nie zakładałem aż tak okropnych okoliczności. - Dzięki Horacio udało mi się zdobyć informację, którą mogę przekonać Ruskiego, znaczy się tego mafioza, żeby zachował się po mojej myśli. A co do Nicka, to pamiętasz, jak ci mówiłem o Łowcach i zabójstwach Genusmuto? - mężczyzna kiwnął tylko zdawkowo głową, wyraźnie zniecierpliwiony. - Wczoraj doszło do kolejnego morderstwa. Okazało się, że była to siostra Nicka, z którą się niedawno spotkał ponownie. Nie mogłem go zostawić w takim stanie, musiałem zaoferować mu pomoc. Zresztą, Xiaogou był cały czas z nami, on ci potwierdzi, że nic między nami nie było. Souji, błagam cię…
Mężczyzna obszedł fotel i podszedł do mnie. Kciukiem pociągnął moją głowę do góry, zmuszając mnie do popatrzenia prosto na niego. Wiedziałem, że gdybym w tej chwili odwrócił wzrok, to mógłby być koniec.
- Skąd w domu pojawiło się tyle nowych prochów? - spytał, wciąż nie schodząc z tonu.
- Po spotkaniu z Zu spotkałem się jeszcze z nowym chemikiem i zabrałem wszystko, co potrzebuję, żeby już nigdy tam nie wracać. Rozmawiałem z nim kiedyś przez telefon przy tobie. Pytałeś wtedy nawet, dlaczego po chińsku - przełknąłem głośno ślinę. Nie byłem pewny, do czego Soujirou zmierza, ale zaczynałem się tego bać.
- I nie wplątałeś się przy okazji w żadne problemy, tak?
- O ile mi wiadomo, nie. Wciąż szukamy rozwiązania problemu Łowców i Neko-chan, ale nic nowego się nie… - zawahałem się, gdy przez moje myśli mignęła Xin’ai, sztylet i wiadomość o matce. Nawet tego nie miałem czasu mu opowiedzieć. - W zasadzie to jest jedna sprawa, o której chciałem z tobą porozmawiać - kontynuowałem w końcu ostrożnie. - Ale, jeśli mógłbym prosić, nie tak.
- A jak? - ton głosu Soujirou w przeciągu zdania stał się zupełnie inny. Mężczyzna wyraźnie chciał mnie sprowokować. Omal nie zacząłem krzyczeć ze szczęścia, że mi ufał i przestał się na mnie wściekać.
- Jestem otwarty na propozycje - połasiłem się do wciąż trzymanej przy mojej twarzy dłoni i pocałowałem ją delikatnie.

~~^.^~~

- I co o tym myślisz? - spytałem, opierając głowę na barku Soujirou. Zdążyliśmy już ochłonąć po naszej awanturze i siedzieliśmy teraz przy lampce Vin Jaunte w dość pogodnych nastrojach. Opowiedziałem mężczyźnie moją rozmowę z Xin’ai, pomijając drobne szczegóły typu pochodzenie kobiety. W końcu nie musiałem od razu przekazywać mu rewelacji o tajnej bibliotece i żyjącym w niej demonie.
- Jesteś pewny, że ta kobieta mówiła prawdę? Może po prostu chciała cię wkrę... - Soujirou nie dokończył, gdy zaprzeczyłem gestem głowy. - W takim razie albo musisz dojść do rozwiązania sam, albo pokazać pazurki i nie odpuścić jej dopóki nie powie ci, co wie.
- Xin’ai? - wyobraźnia podpowiedziała mi, jak wyglądałoby moje „pokazanie pazurków” demonicy i na samą myśl rozbolało mnie kilka miejsc, o których istnieniu nie wiedzą nawet chirurdzy. - A ja myślałem, że już ci przeszły zapędy mordercze.
- Przecież nie mówię, żebyś się z nią bił. I to nie tylko dlatego, że jest mistrzynią sztuk walki w tej twojej świątyni - dodał żartobliwie. Gdzieś po drodze w opowieści zatuszowałem nadprzyrodzone zdolności Xin’ai informacją o jej wieloletniej praktyce w Shaolinie. Szczerze mówiąc, nie zdziwiłbym się zbytnio, gdyby okazało się, że nie było to kłamstwo. - Po prostu ciągnij ją za język dopóki ci nie wyjawi wszystkiego.
- Myślisz? - odchyliłem się na chwilę, by pocałować Soujirou w szyję. - Może masz rację - odpuściłem w końcu i opadłem z powrotem na jego bark.  Cały czas z tyłu mojej głowy kołatała mi myśl, że za niedługo będę musiał się zbierać na spotkanie w kręgu Genusmuto, a przez kondycję Nicholasa byłem zmuszony znowu wsiąść do miejskiego transportu. Póki co starałem się jednak zagłuszyć rozsądek, ciesząc się samą obecnością ukochanego mężczyzny.
Przeciągnąłem się z kontemplacją i założyłem ręce na szyję Soujirou, wtulając się w niego jeszcze mocniej. Najwyraźniej mu to nie przeszkadzało, bo nawet objął mnie w pasie i pocałował delikatnie we włosy. Chwilo, trwaj!
- To co teraz, mój mały lisku? - ciszę w końcu przerwał Souji mruczącym głosem. Skrzywiłem się nieznacznie na to pytanie.
- Aż tak ci źle tu ze mną? - wyszeptałem, liżąc zalotnie jego szyję. Mężczyzna zachichotał cicho, ale nie byłem pewny, czy z łaskotek, czy przez moje pytanie. - O dziesiątej mam spotkanie z bliźniakami i resztą zoo. Masz gdzieś jeszcze bilet metra?
- Pozbyłem się go. Ale mogę cię podwieźć - zaproponował, całując mnie przelotnie. - Oczywiście o ile obiecasz, że wrócisz na noc.
- O-oczywiście! - wypaliłem od razu, omal nie przerywając kochankowi. Myśl, że przeszedł mu gniew była na tyle ważna, że mógłbym się zgodzić na wszystko. Przez ułamek sekundy przeszło mi przez myśl, że może Soujirou tak naprawdę tylko grał złego, żebym był mu bardziej uległy, ale momentalnie ją przegoniłem. Nie mój Souji. - W zasadzie - zacząłem, ostrożnie ważąc słowa - to jeśli reszta grupy się zgodzi, to mógłbyś mi nawet towarzyszyć na tym spotkaniu. Oczywiście, jeśli tylko masz na to czas i ochotę.
- A nawet, jeśli mam, to w jakim charakterze miałbym się tak pojawić, co? Uszaty przez zasiedzenie? - zażartował Soujirou, mierzwiąc moje włosy. Zachichotałem cicho.
- Mówiłem ci wcześniej o imprezie u Ruskiego. Musimy wytypować dwie dziewczyny do przeszmuglowania i twoja rozleeegła wiedza aktorska mogłaby się przydać dziewczynom w zadaniu - musnąłem ustami ucho mężczyzny w zaczepce. Soujirou zdawał się zupełnie zignorować moje zachowanie, głaszcząc mnie jedynie przez materiał bluzki po biodrze. - Chyba, że nie chcesz.
- Dla ciebie wszystko, mój mały lisku - wyszeptał mi wprost do ucha. Mimowolnie zadrżałem pod wpływem ciepłego oddechu i tak ukochanego, niskiego tembru głosu. - A co z Xiaogou, skoro obu nas tu nie będzie?
- Może weźmiemy go ze sobą? - zaproponowałem, nieco niezadowolony z tak bolesnego zejścia na ziemię. - Wilczyce będą na pewno zadowolone, że znowu będą miały kim się bawić. Wiesz, przebieranki, niańczenie i inna taka resocjalizacja w grupie.
- Mhm - wymruczał Soujirou tajemniczo. - A jak myślisz, nie poresocjalizowały by go tak do jutra?
- Tylko by spróbowały odmówić - zaśmiałem się lekko i przesiadłem tak, by znaleźć się w rozkroku na kolanach Soujirou. - Nawet nie wiesz, jak cholernie mam ochotę olać ich wszystkich i kochać się z tobą tu i teraz.
- Cierpliwości, mój mały lisku, cierpliwości - mężczyzna delikatnie odsunął mnie od siebie, żeby uspokoić. Niechętnie, ale zsunąłem się z niego i wstałem, poprawiając ubranie.
- Powinniśmy już chyba jechać - stwierdziłem nieco zbyt wyniośle, niż sam tego chciałem. Planowałem tylko nieco zagrać, a wyszło co wyszło. - Xiaogou! - zawołałem dzieciaka, ciągle siedzącego w drugim pokoju.
- Już, już mój mały lisku - Soujirou objął mnie od tyłu i pocałował w szyję. - To nie była odmowa tylko odroczenie terminu. Możesz mi wierzyć, że wieczorem będę bardzo głodny.
- Xiaogou, gdzie ty jesteś? - zawołałem ponownie, starając się ukryć nagły przypływ nieśmiałości. Soujirou skwitował to jedynie śmiechem.

~~^.^~~

Mitsubishi zatrzymało się leniwie na parkingu przed kawiarnią. Wysiadłem z niego i poczekałem na Soujirou i Xiaogou. Ten drugi, oczywiście, omal nie zdewastował drzwiami karoserii postawionego obok pojazdu. Nie zdążyłem jeszcze dojść do drzwi, gdy wyszła mi naprzeciw kobieta w średnim wieku i skinęła głową na powitanie.
- Sala jest już gotowa na spotkanie - oznajmiła formalnie. Moharu Tekida była właścicielką kawiarni. Niecały tydzień temu odbył się pogrzeb jej jedynej rodziny - starszego brata, Motsugu. Moharu była w połowie sachmett, w połowie nagi, a Motsugu w pełni nagą. Przynajmniej tak twierdził Aurelien, w praktyce nie widziałem żadnego z dwójki w postaci demona. Po śmierci brata, kobieta sama się do nas zgłosiła za pośrednictwem Shiwataki i zaproponowała pomoc. - Jeszcze nie ma nikogo poza Dmitrijem, natomiast od wczorajszego wieczora są u mnie uciekinierzy z Norwegii i pani Misza.
- Jasne. Jakby coś, to powiedz tylko, ile mam ci oddać, a jeszcze dzisiaj będziesz mieć przelew - skinąłem krótko, podążając za kobietą do środka budynku.
- Obrażasz mnie teraz - mimo ostrych słów, nie odniosłem wrażenia, by kobieta była zła. - Powiedziałam, że pomogę jak tylko mogę, to pomagam.
Kawiarnia o dźwięcznej nazwie „Milky Maiden” była naprawdę elegancka i przyjazna. Drewniane podłogi, ściany pomalowane na przyjemnie kawowy kolor z beżowymi malunkami drzew i piknikujących ludzi, zamiast zwykłych lamp, czy żyrandoli wielkie abażury i podświetlana lada dające wieczorem atmosferę przytulnej chałupki babcinej. Stoliki w większości były czteroosobowe, wszystkie przykryte kraciastymi obrusami i z wazonikami świeżych kwiatów. Poza tym, po obu stronach lady kelnerskiej pyszniły się dębowe drzwi - jedne do odrębnej salki wynajmowanej na rodzinne i firmowe imprezy, a drugie do schodów części hotelowej. Całe miejsce sprawiało wrażenie wyciętego z jakiegoś amerykańskiego filmu familijnego, ale w żadnym stopniu nie można było powiedzieć, by była to wada tego miejsca.
- Rozgośćcie się w salce, pójdę na górę powiedzieć, że już przyjechałeś - oznajmiła Moharu i niemal od razu zniknęła za drzwiami. Skinąłem tylko głową jej cieniowi.
- Idziemy? - spytałem zachęcająco do milczącego cały czas Soujirou. Mężczyzna nie wydawał się być speszony, a jedynie pozwalał mi prowadzić. Jak zwykle w nowych miejscach, Xiaogou nie czuł się dobrze, dlatego stał za starszym mężczyzną, kurczowo ściskając w swojej dłoni jego dłoń.
Otwarłem drzwi i niemal od razu zauważyłem siedzącego nad tabletem i wyraźnie znudzonego Dmitrija.
- Wreszcie na czas - stwierdził bastetti, nie podnosząc wzroku z urządzenia. - To ten twój aktor?
- Tsa, Soujirou - kiwnąłem zdawkowo głową wchodząc. - Dziewczyn dzisiaj nie będzie?
- Lola zostaje dłużej w pracy, a bliźniaki coś wspominały, że Cherry przez jakiś czas będzie niedostępna. O reszcie nic nie wiem, ale mogę ci dać kontakty, jak chcesz jakąś mało wymagającą laskę - Rosjanin dopiero teraz podniósł na nas wzrok, prawdopodobnie chcąc zobaczyć reakcję moją lub Soujirou. Na mnie nie robiło to najmniejszego wrażenia, a i Soujirou z pewnością był przyzwyczajony do popisywania się znajomościa z łatwymi laskami.
- Często bierzesz takie numery - usłyszałem tuż przy swoim uchu zupełnie niespodziewanie. Popatrzyłem zdziwiony na Soujirou, a Dmitrij tylko prychnął śmiechem.
- No nie, nie wiedziałem, że ten twój aktorek taki poważny. Jest lepszy od wróbla, a to już coś - zaśmiał się, wstając i podchodząc do nas. - Dmitrij Wasilowicz, wszyscy tu na mnie mówią Dmitri - przedstawił się, podając rękę Soujirou. Ten odwzajemnił gest bez wahania i kiwnął krótko głową.
- Soujirou Honami - odpowiedział. Wydawało mi się, że wyłapałem nieco wyniosłą nutkę w jego głosie, ale nie zareagowałem. - To ty trenujesz Heia, tak?
- Tsa. Wiesz, ma się to i owo w genach. A ty? Czarny nie wspominał, że jego facet też ma podwójne geny - bastetti przysunął się i bezceremonialnie powęszył tuż przy Soujirou. Pacnąłem go w głowę i odsunąłem nieco.
- Przestań, bo polecą kłaki. Souji jest normalny - niemal od razu przypomniałem sobie bliźniaczą scenę, gdy pierwszy raz spotkałem Janette w świątyni. Ja przynajmniej miałem ciążę na swoje usprawiedliwienie. - Przyda nam się dzisiaj jego wiedza, więc przyjechaliśmy razem. A, właśnie. Skoro jesteś taki kontaktowy to podzwoń po Wilczycach, czy zajmą się szczeniakiem. Jak nie, to ty dziś będziesz dorabiać jako niańka.
- To bez jaj, stary! Tego się kumplom nie robi.
- A zakład? - spytałem prowokacyjnie. - Sam mówiłeś, że za wypad na lody zrobisz wszystko.
- No tak, ale… - wyraźnie widziałem, że zamiłowanie do słodkości walczy w mężczyźnie z niechęcią do bycia uziemionym na noc. - Dobra, dobra, już piszę. Lepiej dla nich, żeby były wolne - ostatnie słowa wymruczał już do siebie.
Niemal od razu drzwi się otworzyły i pojawiła się w nich wysoka kobieta o włosach koloru wyblakłej słomy i stalowych, pewnych oczach, a za nią czwórka niezbyt widocznych ludzi.
- Pan Guyie, my w kańcu w Japoniji. My przylecieli wcziera w dziewiacioro i rebiata, no reszta odpoczywajet jeścio - zrelacjonowała szybko kobieta. - Oni chaciu pomóc.
- Jasne - uśmiechnąłem się przyjaźnie w kierunku nowoprzybyłych. - Świetnie się spisałaś, Miszo, należy ci się odpoczynek.
- Mnie pierwej nada zdomowić ich, patom budu myśleć o odpoczywaniu - odpowiedziała rzeczowo i pomachała ręką Dmitrijowi, który właśnie wracał do mnie z wyraźną ulgą.
- Cześć, Miszka -  przywitał się niemal zupełnie nie zwracając wzroku w stronę kobiety. - Kouko-chan już mi odpisała, że na pewno się dzisiaj pojawi i może wziąć szczeniaka, to się pobawi z jej dzieciakami.
- Szkoda - stwierdziłem ku zdziwieniu Rosjanina. - Poćwiczyłbyś trochę bycie ojcem, laskom to ponoć imponuje - dodałem ze śmiechem.
- Jeszcze czego? - prychnął, wyraźnie luźniejszym tonem. - Może pieluchy przewijać?
- Może nie, ale dywan już parę razy miałem do czyszczenia - odparłem zgryźliwie, klepiąc mężczyznę po ramieniu i podchodząc do nieznajomych. Byli nieco speszeni pierwszym spotkaniem, ale widziałem też po nich ulgę. Nie byłem do końca pewny, co działo się w Norwegii, ale zdecydowanie nie mogło to być nic przyjemnego. Jeśli dobrze orientowałem się w europejskiej strefie wpływów, to Skandynawia była głównie pod wpływem sfiksowanych muzułmanów, a to mogło oznaczać tylko pożywkę idealną dla Łowców. O ile takowi tam się wykluli, a sądząc po zdawkowych opisach w korespondencji - prawdopodobnie tak. Od razu rzuciło mi się w oczy, że o ile trójka z przybyłych miała urodę przywodzącą na myśl stereotypowego wikinga - jasną karnację, zielone oczy i rude włosy, o tyle czwarta, kobieta, przywodziła na myśl bardziej arabską piękność z ekranizacji „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Kątem oka zauważyłem, że Dmitri momentalnie zainteresował się wyraźnie speszoną dziewczyną.
- Hei Guyie - przedstawiłem się szarmancko całej czwórce. - Rozumiecie język japoński, czy… - zacząłem, ale niemal od razu zauważyłem, że nie ma to żadnego sensu.
- Ani nie znajut japońskawa. Celina iznajet kitajski, reszta tolka norweskij i arabskij - niemal od razu z pomocą przyszła mi Misza, skazując niepozorną okularnicę skrytą za szerokimi ramionami mężczyzny przed nią. Widać było, że zależało jej na ludziach, z którymi tu przyleciała.
- Jasne… Celina to ty, tak? - spytałem z uśmiechem, wyciągając rękę w stronę okularnicy. Ta kiwnęła nerwowo głową i odwzajemniła gest.
- Celina Trygstat, miło mi - odpowiedziała szybko nieco piskliwym głosem. - Jestem trzecią córką Nilsa Trygstata - dodała po chwili, jak gdyby właśnie to sobie przypomniała. Jakkolwiek śmiesznie brzmiało przedstawianie się „kolejnością” i imieniem ojca, tak wiedziałem od Leo, że na zachodzie jest to już niemal codziennością. Przynajmniej tam, gdzie ludność rdzenna stanowiła mniejszość populacji - włoskie tereny pod panowaniem Sycylijczyków nie miały tego problemu.
- Jasne, miło mi. Na pewno macie nam dużo do opowiedzenia o sytuacji Europie. Wchodźcie i siadajcie, reszta powinna się zaraz pojawić - machnąłem ręką zachęcająco, ustępując miejsca sprzed drzwi. Kobieta obróciła się do swoich towarzyszy i coś im powiedziała w równie szybki i chaotyczny sposób, co wcześniej.
- Bliźniaków dziś nie będzie - oznajmił mi Dmitrij, jak gdyby rozumiejąc, o czym rozmawiałem z Celiną. - Podobno ktoś ważny przyjeżdża do nich w weekend i muszą się przygotować. Aurel do mnie pisał, że on przyjeżdża, tylko autobus mu nawalił i mamy zacząć sami - stwierdził, pisząc coś na telefonie. - To czekamy na kogoś, czy…
- Chyba nie - westchnąłem ciężko. - To może sprawę sneipnirów załatwimy na koń… - nie dokończyłem, bo przerwało mi głośne trzaśnięcie drzwi o ścianę. W progu stała zdyszana kobieta, Elizabeth Lougren. Elisabet była córką ocalałej z katastrofy Hei Meigui Lianmeng ammitki. Już od jakiegoś czasu niezobowiązująco pisywaliśmy ze sobą. Najwyraźniej musiałem podać jej informację o dzisiejszym spotkaniu, innego powodu jej obecności nie widziałem.
- Nie przerywam wam zbytnio, nie? - spytała pomiędzy dwoma urywanymi oddechami. - Wreszcie mi powiedziałeś, gdzie i kiedy są te wasze zebrania konspiry, nie mogłam przegapić takiej okazji. Cześć, Dima! - machnęła ręką na przywitanie i bez skrępowania zajęła miejsce przy stole.
- Eli, nie mówiłaś, że chcesz przyjść - zacząłem nieco zmieszany. Dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie jeszcze jedno. - I skąd ty znasz Dmitriego?
- Dimę znają już chyba wszyscy w okolicy. Przynajmniej wszyscy, co chodzą do Vendigo - kobieta wzruszyła ramionami, wzburzając fale na kręconych blond włosach. - A co do spotkań, to od razu ci mówiłam, żebyś mówił, jak będzie się już coś działo. Wiesz, że lubię działać.
- No dobra… to może nawet i dobrze - westchnąłem w końcu. Naprawdę nie mogłem uwierzyć, że byłem od niej młodszy. Elisabeth nosiła się jak podręcznikowa goth lolita i zachowywała się jak podręcznikowa lolita. Nawet teraz ubrana była z falbaniastą sukienkę do kolan i koturny, na których normalny człowiek już dawno by złamał nogę próbując chodzić, o bieganiu w nich nawet nie myśląc. Poza tym, miała tę charakterystyczną, i mnie nieco irytującą, „uroczą” manierę głosową. - Trochę niedobrze, że nie ma nikogo decyzyjnego od Wilków, no ale. Załatwimy najpierw sprawy bieżące, żeby mieć więcej czasu na rozmowę z wami, dobrze? - spytałem, patrząc na Celinę, gdy przypomniałem sobie, że przyjezdni nie są zorientowani w tym, co się tutaj dzieje i nawet nie znają języka. Norweżka powiedziała półszeptem dwa krótkie zdania, po których cała czwórka zgodnie kiwnęła głowami w geście aprobaty. - No dobra, szykuje się grubsza sprawa. I to pilna - zacząłem, próbując zbudować napięcie i odciągnąć wreszcie Dmitrija od telefonu. - Mamy szansę przejąć władzę w mojej starej mafii i zemścić się na Łowcach - i wreszcie mi się to udało. Bastetti znieruchomiał, po czym od razu odłożył komórkę na stół. Wreszcie. - Oczywiście, nic nie obiecuję, sprawa jest dość ryzykowna. Dobra, nie przedłużając. Niedawno zmarł szef Czerwonych Sztyletów i zgodnie z tradycją, mają się odbyć wybory następcy. Jest dwóch kandydatów, z których jeden jest Łowcą. Najprawdopodobniej wysoko postawionym. Przynajmniej za takiego się podaje. Drugiego kandydata kontroluję, ale on chce się jak najszybciej wycofać z mafii, więc w sumie to póki co wynik może być tylko jeden.
- Ale… - zaczął drapieżnie Dmitrij.
- Ale jest jeden facet, którego możemy skutecznie podstawić zamiast Shena i z zachowaniem obecnych sympatii w mafii załatwić mu rządzenie. Większość tych, co chce głosować na Shena robi to głównie dlatego, że nie lubi tego drugiego, a reszta uszanuje każdą jego decyzję i też nie zagłosuje na Łowcę. A za naszym nowym kandydatem pójdzie jeszcze więcej osób, bo jest cholernie dobrze ustawiony. Tylko musimy się z nim spotkać i go przekonać, żeby był zainteresowany przejmowaniem władzy - przyłapałem się na mówieniu coraz szybciej i bardziej żywiołowo, dlatego przerwałem, żeby chociaż trochę zapanować nad własnym głosem.
- A ten nowy facet jest lepszy od poprzedniego, bo? - spytała Elisabeth, opierając podbródek o zaplecione dłonie.
- A tu akurat mała zagadka dla Dmitriego. Powinieneś wiedzieć - stwierdziłem z uśmiechem. - Iwan Szarilow, znany tutaj jako Ruski. Coś kojarzysz?
- Szarilow, Szarilow… Wania? - mężczyzna spojrzał na mnie pytająco. - Chyba pani Tanya robiła kiedyś interesy z Szarilowem, ale to na pewno nie był Wania.  Jak temu drugiemu było… - widziałem, że intensywnie myśli, dlatego postanowiłem pozostawić wszystkich na chwilę w niepewności.
- Może Piotr? - podsunąłem z uśmiechem.
- Da, to był Piotr - Dmitrij kiwnął powoli głową. - Piotr Szarilow. On chyba przemycał rosyjską broń do Chin, czy coś. To rodzina?
- Brat Iwana - odpowiedziałem. -I były członek Hei Meigui, kelpie. O ile mi wiadomo, zmarł jakiś rok temu w strzelaninie koło Nowosybirska.
- Może być, swego czasu widywałem go dość często u nas, a potem zniknął nawet w  rozmowach - potwierdził bastetti. - Ale po co nam on, skoro… czekaj! Skoro on był kelpie, toooo… ty chcesz postawić naszego na samym szczycie tej całej triady z Łowcą?!
- Otóż to - oznajmiłem z uśmiechem. - I uzależnić Bahaja od nas. Z tego, co wiem, to dość spora część tych wyszkolonych Łowców to podwładni Bahaja, więc jak weźmiemy kontrolę nad Sztyletami, łatwiej będzie spacyfikować chociaż część morderców. A potem rozwalić ten grajdołek od środka.
- O, prawie jak Konrad Wallenrod! - oboje popatrzyliśmy na Elisabeth bez zrozumienia. - Oj, no moja babcia jest z Polski i załatwia czasem książki z ojczyzny. Znam trochę ten język, to sobie czytałam.
- A co to ma z czymkolwiek? - zaczął delikatnie Dmitrij.
- No bo Konrad Wallenrod był Litwinem - zaczęła Elisabeth głosem wskazującym na znudzenie i irytację naszą nieznajomością tematu. - I jak Litwę taki jakiś niemiecki zakon podbił, to ten Konrad przebrał się za Niemca i udawał jednego z zakonników aż go zrobili swoim mistrzem zakonnym, czyli takim szefem wszystkich szefów. Tam po drodze jakiś stary dziad śpiewał o Arabie zarażającym jakimś syfem, a jakaś laska zamurowała się w wieży i śpiewała, a potem się okazało, że ona też jest z Litwy i się kiedyś z tym Konradem znała, ale facet ją olał i pojechał do Niemiec, czy coś. No, ale mniejsza o to. Chodzi mi o to, że na końcu, jak już ten Konrad dostał się do władzy, to nagadał jakiś głupich rozkazów. Że, powiedzmy, kopiemy wielki dół, wrzucamy wszystkie miecze i to zakopujemy, bo mamy wspólną pokutę za grzechy i Bóg się ucieszy, czy inne takie. I rozwalił temu zakonowi finanse, wojsko i w ogóle wszystko tak, że prawie go zupełnie skończył. A potem ci zakonnicy się kapnęli i go chcieli zabić, ale on się sam zabił, potem ta laska się zabiła, a ten dziad, co śpiewał o Arabach uciekł i książka się skończyła - popatrzyliśmy z Dmitrijem po sobie, ale żaden z nas nie za bardzo wiedział, co powiedzieć.
- To na pewno była książka na poważnie? - spytał w końcu Soujirou. Elisabeth dopiero teraz zdała sobie sprawę z jego obecności.
- Oczywiście, że tak! Babcia mi opowiada… ej! Ty jesteś Tasuku z tego filmu o mafii! Kya, jak powiem dziewczynom z klubu, to… - kobieta momentalnie zmieniła temat. Już wiedziałem, że dalsza dyskusja niewiele będzie miała wspólnego z powagą.
- Kolejna… - Soujirou wzniósł oczy na sufit, prychając ze znudzenia. Znałem go na tyle dobrze, że wiedziałem od razu, że gra. Ale inni pewnie niekoniecznie musieli dostrzegać te bardzo drobne oznaki fałszywości. - Człowiek już nie może spokojnie wyjść na ulicę, bo wszyscy mnie mylą z tym lalusiem. Czy ja wyglądam na jakiegoś nieroba sprzed kamery? - omal nie parsknąłem śmiechem, widząc zdegustowaną minę Soujirou. Zdecydowanie musiałem to wykorzystać w najbliższej przeszłości. Co prawda w ten sposób zupełnie sypał się mój pomysł na wykorzystanie wiedzy Soujirou, ale może to i nawet dobrze. Na szczęście Dmitrij podłapał zamiar mojego mężczyzny i nie starał się niczego sprostować.
- Wyluzuj, Sou - uśmiechnąłem się i poklepałem mężczyznę po ramieniu, celowo używając jedynie pierwszej sylaby jego imienia. Miałem nadzieję, że Elisabeth nie skojarzy imienia aktora grającego ukochanego Tasuku. - Mówiłem ci, żebyś ściął te włosy, to by nie było problemu. No, ale skoro wolisz słuchać Mai, to… - wywróciłem oczyma teatralnie. - A wracając do tematu. Literaturę mniej lub bardziej poważną odstawmy na bok i zajmijmy się tym, co ważne. Wybory w Sztyletach są coraz bliżej, więc musimy działać. I to szybko. W zasadzie mamy jedyną możliwość na spotkanie się z Ruskim i jest to jutro. Znam człowieka, który organizuje dziwki i koks na imprezę Ruskiego i załatwiłem już z nim, że przemyci na miejsce dwoje moich osób - starałem się mówić tak, by nikt się nie zorientował w faktycznej zależności między mną, a Zu, ale po minie Dmitrija wnioskowałem, że domyśla się prawdy. - Konkretnie rzecz biorąc, dwie dziewczyny, bo Ruski bierze do obsługi tylko „cycate w bikini”, jak to określił ten człowiek.
- No, to gdzie problem? Parę lasek mamy, któraś zbajeruje pana mafiosa i cyknie mu parę kompromitujących fotek, czy coś i - zaczął Dmitrij, ale przerwał, widząc, że kiwam przecząco głową.
- Ten patent na pewno nie przejdzie. Ruski ma pozycję w zasadzie bossa mafijnego, nie jest głupi jak jakiś napalony szczyl z dołów. Według mnie jedyną naszą opcją jest zwabienie go jakoś na osobność i przedstawienie sprawy wprost. Oczywiście z małym szantażykiem emocjonalnym, ale i tak bez większych sztuczek - cmoknąłem niezadowolony. Dobrze wiedziałem, że nie brzmi to zbyt obiecująco. - To jak, jakieś kandydatury, kogo możemy wysłać? Chyba nie muszę wspominać, że musimy wybierać spośród „cycatych w bikini”.
- To może ja? - zaproponowała Elisabeth. Musiałem ugryźć się w język, żeby nie zdradzić, jak bardzo było mi to na rękę. Zwłaszcza, że wtedy kobieta już zupełnie nie wzięłaby pod rozwagę ryzyka, jakie to za sobą niosło. - No wiecie, na brak zainteresowania nie narzekam, a w szafie znajdę coś „odpowiedniego” - zachichotała i puściła do mnie oko zalotnie.
- Ale wiesz, co to oznacza, nie? - spytałem dobitnie. - Nie będziemy mieli jak ci zapewnić ochrony, może poza jakimś małym scyzorykiem i drugą dziewczyną do pomocy. Żadnej łączności, żadnego ninji na filarem. Ani pewności, że ktoś stamtąd nie pokusi się, żeby cię zgwałcić, pobić, czy cokolwiek innego.
- No wiesz… - ammitka zawahała się. - Ktoś to musi zrobić, nie? - spytała w końcu weselszym tonem. - Mam gadane, wygląd, coś się wymyśli. Poza tym, po śmierci ojca moja mutti dostała fioła na punkcie bezpieczeństwa i zapisała mnie na samoobronę i aikido.
- Jeśli jesteś tego pewna… Dmitri, masz jakąś zaufaną dziewczynę, która mogłaby chociaż trochę działać jako ochrona? - spytałem, patrząc z nadzieją na mężczyznę. Od początku nie podobało mi się spychanie tak dużego zagrożenia na jakieś dwie bogom ducha winne dziewczyny, ale chyba dopiero teraz zaczynało do mnie docierać, w jakiej stawiałem je sytuacji.
- Jeśli mogę - zaczął powoli Soujirou, podnosząc się z krzesła. - Blondynę możecie wziąć, żeby przyciągnęła uwagę, a mam lepszą propozycję, kto powinien porozmawiać z tym całym Ruskim - stwierdził leniwie.
- To znaczy? - zerknąłem na niego kątem oka. Sujirou podszedł do mnie wolnym krokiem, zaszedł od tyłu i podniósł moje włosy do góry.
- Madame, idealną ma panienka figurę - wyszeptał teatralnym, głośnym szeptem tuż przy moim uchu. Dmitri zachichotał, ale po chwili pokiwał głową z aprobatą.
- No, prawdziwa z ciebie fame fatal, Hei. Wejdziesz w XS-kę i jeszcze miejsce zostanie - stwierdził przez śmiech.
- Ej, bo bez jaj! - wyrwałem się i poprawiłem włosy. - No bez przesady, chłopaki! Ja wiem, że nie jestem sumoką, no ale…
- W zasadzie, to mi się też podoba ten pomysł - stwierdził nowy głos przy drzwiach. Obejrzałem się i zobaczyłem siedzącego w rogu, uśmiechniętego od ucha do ucha Aureliena. - Przyjechałem parę minut temu i nie chciałem wam przeszkadzać, skoro byliście tak zajęci rozmową, że mnie nawet nie usłyszeliście.
- Mów za siebie, Aurel - prychnął Dmitrij, ale widać po nim było, że też był zaskoczony pojawieniem się lykantropa.

Rozdział XXXVIII

Potarłem obolały kark i aż się skrzywiłem, gdy coś mi przeskoczyło w stawie. Spanie na kanapie zdecydowanie nie należało do najprzyjemniejszych. Zwłaszcza, jeśli mowa o kanapie tak wąskiej, że nawet ja musiałem się wcisnąć w oparcie, żeby z niej nie zlecieć. Pieprzony Soujirou! Co on myślał planując moją rozmowę z jego ojcem. W dodatku pobrali Xiaogou krew do badań do wpisania w rejestr kliniki. Na szczęście probówka nie pojechała jeszcze do laboratorium, więc dwa telefony i odpowiednia suma pieniędzy zakończyły sprawę. Przynajmniej tam. W domu rozpoczęła się kolejna cicha wojna. A myślałem, że mamy już je za sobą…
- Stań przecznicę dalej, może cię zauważy mniej osób - stwierdziłem i odkaszlnąłem jeszcze raz, żeby pozbyć się chrypy.
- Z takim samochodem? Nawet psy się zlecą - westchnął Nicholas, ale wykonał polecenie i skręcił w wąską alejkę. Mężczyzna wprawnie wymanewrował wokół poprzewracanych kubłów na śmieci i zaparkował. - Ile mam na ciebie czekać?
- Godzina powinna mi starczyć. Jak się nie pojawię lub nie zadzwonię, możesz budzić Dmitriego - dodałem wesoło, chcąc uspokoić mężczyznę chociaż trochę. - Wyluzuj, lata doświadczenia - to powiedziawszy, wyszedłem z trzaskiem drzwi. Widziałem, że Nicholas wymruczał przez szybę jakąś inwektywę, ale w odpowiedzi jedynie mu pomachałem na do widzenia.
Przeszedłem nad taśmą policyjną, skinąłem głową wiecznie siedzącemu za zasłonką strażnikowi granicy i udałem się prosto do Czerwonej Twierdzy. Byleby Zu nie urządził sobie joggingu po drugiej stronie Tokio. Jak zwykle panowała tu cisza niemal idealna. Mimo wcześniejszych zapewnień, nie byłem aż tak przekonany, czy Bahaj czegoś nie wymyśli, więc na wszelki wypadek sięgnąłem po zmysły kokko. W piwnicznej sali treningowej Huan maltretował nowych soldato Zu, dziewczęta też powoli zaczynał się budzić lub wracały z nocnej pracy, a wyznaczony na ten dzień do kucharzenia ciołek przypalał ryż już od dłuższego czasu i chyba o tym nie wiedział. Upewniwszy się, że nie ma nikogo niebezpiecznego w zasięgu strzału, wróciłem do ludzkich zmysłów. Zmysły kokko były coraz silniejsze, ale i coraz częściej długie ich używanie kończyło się migreną.
Gdy wreszcie znalazłem się przed głównym budynkiem, przystanąłem i wziąłem głęboki wdech. Nie było mnie tylko pół miesiąca, a mimo wszystko czułem się jak na nieznanym mi terenie. Intruz. Dla pewności jeszcze dyskretnie powęszyłem w poszukiwaniu zapachu Bahaja, Tusong lub tego dziwnego chłopaka, ale nic nie znalazłem. Popchnąłem drzwi wejściowe i z zaskoczeniem zauważyłem, że nie musiałem do tego używać aż takiej siły jak zwykle. A przynajmniej nie odczuwałem tego aż tak bardzo. Najwyraźniej treningi z Dmitrim i większa świadomość krwi demona dawała wymierne rezultaty również na tym polu.
Drzwi jeszcze się za mną nie zamknęły do końca, gdy dobiegło mnie echo czyichś kroków. Niemal od razu wyczułem, że był to Zu.
- Co, kociak dostał okresu? - rzuciłem zgryźliwie tuż przed tym, gdy mężczyzna pojawił się zza ściany u góry schodów głównych.
- Możesz go zastąpić, mi twój aktorzyna nie przeszkadza - skwitował mężczyzna, przystając u góry. Widziałem, że nie miał zamiaru schodzić. Westchnąłem i sięgnąłem odruchowo do pasa, gdzie schowany miałem Yidianyuan, sztylet od Xin’ai.
- Obejdzie się - prychnąłem. - Mam do ciebie sprawę.
- Mówiłeś, że nie chcesz rozłożyć przede mną nóg - wyjątkowo byłem pewny, że był to jedynie żart. Aż dziwne.
Przeszliśmy do kwatery Zu - średniej wielkości pokoju o strukturze przypominającej pierwotny Chaos. Na środku tego wszystkiego panowało łóżko w rozmiarze kingsize i barek. Kiedyś bywałem tu dość często i nigdy nie były to przyjemne wizyty.
Zu przeszedł, nonszalancko kopiąc w bok leżący mu na drodze pistolet i usiadł na środku łóżka, po czym poklepał miejsce obok siebie.
- Słucham, co to za sprawa? - spytał, uśmiechając się sugestywnie. Musiałem dosłownie ugryźć się w język, żeby nie palnąć czegoś niepotrzebnego.
- W piątek Ruski organizuje przyjęcie, na które dostarczasz stuff i panienki, tak? - przeszedłem ponad śmieciami i usiadłem na krześle, ignorując rozbawioną minę mężczyzny.
- Nawet jeśli, to co z tego? Chyba nie sądzisz, że jestem tak głupi, żeby podstawić lewy towar - ton Zu był żartobliwy, ale widziałem, że jego oczy spoważniały. Wiedziałem, że stąpam po cienkim lodzie, ale brnąłem w to dalej.
- Wbrew przeciwnie. Dam ci towar najlepszej jakości, jeśli wyświadczysz mi małą przysługę - zawiesiłem na chwilę głos, a gdy nie doczekałem się reakcji, kontynuowałem. - Potrzebuję tylko wejściówki.
- Oczywiście nie dla ciebie?
- Nie wiem, nie wiem. Lubię dobry melanż, wiesz - zachichotałem, ale był to bardziej nerwowy chichot niż prawdziwy śmiech.
- A mam się na to zgodzić, ponieważ…? - widziałem, że Zu na razie nie planował mi nic zrobić. Chociaż może były to tylko moje nadzieje.
- Ponieważ nienawidzisz tego skurwysyna Bahaja równie mocno co ja, jeśli nie bardziej i twoja duma nie pozwoliłaby ci na ślubowanie mu wierności - spojrzałem mu prosto w oczy. Przez chwilę pojawiła się w nich iskierka, której znaczenia nie potrafiłem zrozumieć, ale Zu szybko się opanował.
- Jest wiele rzeczy, których nienawidzę - mężczyzna wstał i podszedł do mnie. Musiałem się maksymalnie skupić, by nie odskoczyć, gdy jego palce przejechały po moim policzku. - Na przykład kociaki z niewyparzonym językiem, którym się wydaje, że są czymś więcej niż są - wyszeptał tuż przy moim uchu zupełnie jednoznacznym głosem.
- Bahaj stoi wyżej w hierarchii ważności - uśmiechnąłem się, chcąc zatuszować strach. Nie mogłem się go bać. Nie mogłem. Przez chwilę w myślach mignęła mi dumna Xin’ai z bambusowym kijkiem imitującym miecz. I nagle nie musiałem się już bać. - To jak? Mnie już w tym burdelu praktycznie nie ma. Mogę powiedzieć Shenowi, żeby spakował swoje zabawki i oddał władzę Bahajowi - twarz Zu nie wyrażała zupełnie nic, ale wiedziałem, że mi uwierzył. I musiał przemyśleć propozycję. Szczerze mówiąc, nie liczyłem na zbyt wiele i spodziewałem się masy zastrzeżeń i żądań. Podejrzewałem, że na jednym, czy dwóch rozłożeniach przed nim nóg się nie skończy.
- Mogę puścić maksymalnie dwie osoby. Laski. Ruski nawet do obsługi chce tylko cycate panienki w bikini. I ręczysz mi za nie własną dupą. O dwunastej chcę je u siebie, rozumiemy się? - omal nie rozdziawiłem ust z niedowierzania. Krwawy Zu, postrach półświatka azjatyckiego, godził się na moje warunki.
- Co chcesz w zamian? - spytałem ostrożnie, wciąż nie mogąc uwierzyć, że mój plan się naprawdę sprawdzał. Byłem pewny, że dzisiaj nie uda mi się wywalczyć nic.
- Łeb Bahaja i autograf tego twojego aktorzyny - świat się kończy.

~~^.^~~

Przestąpiłem nerwowo z nogi na nogę. Nicholas nie pojawiał się już od ponad godziny. Co prawda, w ostatnim czasie zdarzało mu się spóźnić, ale nigdy nie tyle czasu i nie na umówione godzinnie spotkanie. Byłem pewny, że coś musiało się stać. Wybrałem kontakt i po raz kolejny zadzwoniłem. Trzeci sygnał, czwarty… nic.
- Kurwa mać! - mruknąłem, zaciskając dłoń w pięść. Jeszcze tego mi teraz brakowało. Oby miał naprawdę dobre wytłumaczenie. Moja być może jedyna okazja na osobiste zobaczenie ofiary Łowców właśnie przelatywała mi koło nosa.
Nagle telefon zabuczał, sygnalizując połączenie. Odebrałem niemal od razu, nie patrząc, kto to.
- Nick, do cholery, gdzie ty jest…
- Ja nie Nikolas, ja Misza - oznajmił nieco chropowaty, kobiecy głos w słuchawce. - My mieli niebolszyje prabliemy z Łowcami, no budziemy w Japonii wieczioram. Ty możesz kago przesłać na liotnisko?
- Co? A, t-tak, tak. Wyślij mi tylko sms’em wiadomość, jak będziesz znać dokładną godzinę - wypaliłem szybko, prawie nie myśląc o tym, co mówiłem. Na horyzoncie wreszcie pojawił się czarny lincoln. - Jakbyście mieli jeszcze jakieś problemy, znasz mój numer - stwierdziłem, po czym od razu się rozłączyłem.
Samochód powoli wtoczył się na parking, aż w końcu zatrzymał tuż obok mnie. Już z daleka widziałem, że coś było nie tak. Gdy wreszcie zobaczyłem twarz Nicholasa, zacząłem mieć wyrzuty sumienia, że jeszcze chwilę temu byłem na niego wściekły.
Mężczyzna w końcu wyszedł z samochodu. Widziałem, że drżały mu nogi, gdy szedł, a jeszcze chwilę temu płakał. Naprawdę nie byłem w stanie sobie wyobrazić, co mogło aż tak wytrącić z równowagi tak spokojnego i powściągliwego mężczyznę.
- Spacer i kawa? - spytałem, zanim Nicholas zdążył cokolwiek powiedzieć. Oględziny trupa były ważne, ale nie aż tak.
- Nie, dzięki - odpowiedział niemal niedosłyszalnym, zachrypniętym głosem. Z jakiegoś powodu cały czas wpatrywał się tylko we własne buty lub uciekał wzrokiem na boki. - Nie odmówię działki czegoś mocnego. Lub dwóch. Oczywiście po pracy.
- Nick, już jesteś po pracy. Weź kluczyki ze stacyjki i idziemy na górę - stwierdziłem miękko, starając się imitować zachowanie Soujirou. Nie byłem pewny, jak przekonujący jestem w roli wyrozumiałego przyjaciela, ale nie do końca wiedziałem, co innego mógłbym teraz zrobić. Nigdy nie byłem dobrym kompanem w trudnych chwilach.
- N-nie mogę… - mężczyzna zawahał się i zrobił krok w tył. - Moim obowiązkiem jest…
- Zachowanie równowagi psychicznej? Niespowodowanie wypadku? Dbanie o własne zdrowie? - uśmiechnąłem się delikatnie i wyciągnąłem rękę w stronę mężczyzny. Ten zawahał się, ale w końcu podszedł. - Tsa, a moim pilnowanie, żebyś nie zrobił czegoś, czego będziesz potem żałować.

~~^.^~~

Xiaogou popatrzył na mnie skonsternowany. Przeczesałem pieszczotliwie jego włosy i kiwnąłem głową w stronę siedzącego sztywno na kanapie Nicholasa.
- Masz wprawę, dzieciaku - stwierdziłem sugestywnie. Chłopak zerknął przelotnie na ruka i zmrużył oczy, nie do końca wiedząc, o co mi chodzi. - No ja jestem za ciężki na leżenie w nogach - Xiaogou przez chwilę nad czymś myślał. W końcu kiwnął powoli głową i podszedł w formie psa do Nicholasa, wskoczył na kanapę i wtulił się w mężczyznę w pyskiem na jego kolanach.
Przez chwilę przyglądałem się przez drzwi kuchni skonsternowanemu Nicholasowi. Miałem wrażenie, że mężczyzna walczy ze sobą, żeby się nie rozkleić. Postanowiłem póki co poczekać. Doskonale wiedziałem, o ile łatwiej jest wygadać się przed szczeniakiem niż kimkolwiek innym. Gdy tylko wreszcie zagotowała się woda, zalałem kawę i zaniosłem ją do salonu.
- Pójdę na górę po jakieś tabletki. Nie krępuj się - stwierdziłem, klepiąc mężczyznę po ramieniu i zostawiłem go samego ze szczeniakiem.
Gdy tylko wszedłem do swojego pokoju, aż mnie cofnęło. Nie wiem, czy ja, czy Soujirou, ale ktoś zapomniał zamknąć okno i w pomieszczeniu panował ziąb nie do wytrzymania. Zamknąłem okno, naciągnąłem na siebie bluzę i zabrałem się za nowo przyniesioną walizkę z narkotykami. Miałem nadzieję, że groźby okazały się wystarczająco skuteczne, by Liu spakował mi wszystko. Rozłożyłem się na łóżku i zacząłem przekładać po kolei środki do kuferka w odpowiednie przegródki. Wiedziałem, że trochę mi na tym zejdzie, ale przecież o to mi chodziło - żeby Nicholas mógł się uspokoić w samotności i poukładać chociaż trochę myśli zanim spróbuję z nim porozmawiać.
Właśnie kończyłem rozkładać ostatnie saszetki, gdy zadzwonił mój telefon. Soujirou. Z ociąganiem odebrałem.
- Tak? - spytałem ostrożnie. - Myślałem, że nie chcesz mnie widzieć.
- Gdzie jest Xiaogou? - usłyszałem w zamian.
- Ze mną, nie musisz się o niego martwić - odpowiedziałem sucho. Ja rozumiem, że dzieciak stał się już częścią krajobrazu domowego, ale i tak pytanie o niego przed jakąkolwiek wzmianką o mnie trochę mnie ubodło. Zwłaszcza, że cały czas twierdziłem, że tym razem miałem stuprocentową rację, wykłócając się o krew Xiaogou i odmawiając spotkania z raszpą, choćby i nawet u „bardzo dobrego psychologa”.
- To znaczy? Myślałem, że usiądziemy i na spokojnie sobie wszystko wyjaśnimy - wydawało mi się, że mężczyzna trochę ustąpił z tonu. Sam chciałbym się pogodzić, w końcu ciągła walka nie mogła niczego dobrego przynieść.
- Wybacz, ale dzisiaj jesteśmy nieosiągalni - odpowiedziałem ostrożnie. Nie byłem pewien, czy wspominka o Nicholasie by mi pomogła, czy pogorszyła sytuację, więc na wszelki wypadek milczałem. - Może jutro będę mieć czas - dodałem ugodowo. - Jak twoja próba?
- Nie narzekam. Jutro będę cały dzień u siebie - to powiedziawszy, Soujirou się rozłączył. Zdecydowanie nie był to dobry omen. Wiedziałem, że ciągle go raniłem i wystawiałem na próbę jego cierpliwość i wytrzymałość psychiczną. On zmienił dla mnie orientację, a ja miałem tysiąc innych, ważniejszych spraw. Zaczynałem się bać, że przez moje zachowanie wszystko między nami się posypie, ale pozostawało mi jedynie liczyć na wyrozumiałość kochanka. Kiedyś mu to wszystko wynagrodzę.
Zacisnąłem pięści i zmełłem w ustach przekleństwo. Dlaczego wszystko musiało być tak skomplikowane i jedna rzecz tylko pogarszała wszystkie pozostałe?
Wybrałem dwie małe tabletki z kuferka i zamknąłem go. Po chwili otworzyłem ponownie, wyciągnąłem jeszcze jedną, inną i sam połknąłem bez popicia.
Zszedłem na parter do salonu. Z lekkim niepokojem zauważyłem, że Xiaogou siedział skulony po przeciwległej stronie kanapy.
- Coś się stało? - spytałem ostrożnie, starając się nie przestraszyć żadnego z nich. Przeszedłem do stołu i położyłem przed Nicholasem tabletki. - Weź to, powinno pomóc chwilowo.
- Co to jest? - spytał, wyraźnie unikając pierwszego tematu.
- Medazepam. Może zareagować mocniej przy pierwszej dawce, ale nic poważniejszego ci nie będzie - odpowiedziałem, podstawiając szklankę z wodą.
- A mogłoby - odpowiedział Nicholas nieprzyjemnie nihilistycznym tonem. Miałem wrażenie, że widziałem siebie dzień po rozprawie o dom. - Ta Genusmuto, którą miałeś dzisiaj oglądać to moja siostra.
- A-ale… - nie za bardzo wiedziałem, co mogę powiedzieć w takiej sytuacji. Przez głowę przemknęło mi, że Nicholas przecież miał nie mieć rodziny, ale byłem pewny, że nie żartował. - Jesteś pewny, że to ona?
- Tsa, byłem tam. Tuż po naszej rozmowie Aurel zadzwonił do mnie jeszcze raz z danymi osobowymi tej dziewczyny. To była Julia. To się, kurwa, nacieszyłem rodziną. Jakbym dorwał tego skurwysyna, co to zrobił, to…! - przyłożyłem palec do ust mężczyzny. Aż za dobrze wiedziałem, do czego mogła prowadzić wściekłość w połączeniu z desperacją i bezsilnością.
- Spokojnie, Nick. Wiem, jak to teraz brzmi, ale musisz ochłonąć - zmusiłem ruka, żeby usiadł z powrotem. Xiaogou chyba wyczuł, co się dzieje, a wcześniej musiał zrobić coś nieodpowiedniego. Dzieciak ulotnił się dyskretnie, zapewne do mojego pokoju lub kuchni. - Pamiętaj, z kim rozmawiasz. Masz moje słowo, ze nawet, jeśli policja go nie wytropi, to my to zrobimy. A wtedy skurwiel będzie do twojej dyspozycji. To jak?
- Pomóż mi go dopaść, a oddam ci nawet duszę.

Rozdział XXXVII

Już z oddali słyszałem stukot na korytarzu, więc zsunąłem telefon i wsunąłem go do kieszeni. Od jakiegoś tygodnia Horacio przy chodzeniu podpierała się laską. Twierdziła, że to sprawa tymczasowa związana z kontuzją na treningu, ale nie byłem tego pewny. Nie zamierzałem naciskać na wyjawienie prawdy, bo i tak by to nic nie dało. Jeśli Horacio uznałaby, że potrzebuje mojej pomocy, zapytałaby o nią. A znając ją, pewnie i nawet zażądała.
Opadłem na łóżko za sobą i wyciągnąłem się, rozkoszując ostatnią chwilą spokoju. Ostatnio wracałem z Memoriae niemal w czasie rzeczywistym. Xin’ai twierdziła, że najwyraźniej biblioteka mnie lubi, ale podejrzewałem, że była to zwykła wymówka. Nie to było teraz dla mnie problemem.
Xin’ai wiedziała, kim była moja matka. Czyżby mój ojciec powiedział jej, gdy tworzył swój jedyny wpis do kroniki? A może już dziadek o tym wiedział? Czemu więc nie zamieścił tego w kronice? Przecież zapisywał wszystko, nawet ceny biletów metra, czy zakup nowego kimona. A przecież mówiła to z taką pewnością siebie, że nie mogła blefować… Po prostu nie mogła. Nie wierzyłem, że byłaby aż tak okrutna. Poza tym, powoli zaczynało do mnie docierać, że wcześniej zignorowałem jeszcze jeden ważny aspekt jej wypowiedzi - nawet, jeśli kobieta mówiła o dziadku od strony matki, nie było takiej szarganej możliwości, by żył ponad pięćset lat temu. Chyba, że... Chyba, że był demonem. A to by znaczyło, że jeszcze jakieś czterdzieści lat temu w Chinach żył jakiś demon. To nie trzymało się kupy.
- A ty znowu nic nie robisz. Twój dziadek… - zaczęła Horacio, jak zwykle wchodząc jak do siebie. Jako że i tak ją zazwyczaj słyszałem dzięki wyostrzonym zmysłom, nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo, dopóki nie wychodziłem właśnie spod prysznica lub robiłem coś osobistego.
- Też się cieszę, że cię widzę - uśmiechnąłem się szeroko, podnosząc się do siadu. - Musisz wybaczyć, że sam, a nie z dziadkiem. Sama rozumiesz, duchy rzadko kiedy przychodzą na pogawędki.
- Trochę pokory. Ja nie wiem, czego uczą to wasze pokolenie.
- Przede wszystkim pukania - odpowiedziałem z dwuznacznym mrugnięciem. Dopiero teraz zauważyłem, że w drzwiach stała cały czas jakaś mniszka. Miała może piętnaście lat, ale już nosiła strój osoby wysoko postawionej w strukturze Kon-Kokko. - To ta dziewczyna, o której mówiłaś?
- Tak, to jest Lao. Wchodź, dziecko - Lao popatrzyła na mnie pytająco, a ja tylko wzniosłem oczy ze wzruszeniem ramion.
- Skoro pani włości tak mówi, to co ja się będę kłócił - prychnąłem zgryźliwie, ale przeorysza tego nie skomentowała. Mniszka weszła nieśmiało i usiadła sztywno przy stole. Nie do końca byłem pewny, czy zachowuje się tak pod wpływem Horacio, moim jako kokko, czy dawno nie widziała żadnego mężczyzny. W każdym razie, nie wróżyłem jej owocnej kariery jako przywódczyni czegokolwiek więcej niż szkolnego kółka fotograficznego. Postanowiłem się zabawić. - Nie sądzisz, że powinienem ją poznać zanim podejmę jakąś decyzję, co?
- Nie krępuj się, po to tutaj przyszłyśmy - kobieta machnęła ręką w zapraszającym geście.
- Nie potrzebuję do tego osób trzecich - dodałem sugestywnie, gdy między nami zapanowała cisza. Westchnąłem i wstałem z łóżka, gdy nie doczekałem się reakcji. - Przejdziemy się - uśmiechnąłem się szarmancko, podając Lao rękę, by łatwiej jej się wstawało. Dziewczyna skinęła krótko i podniosła się z krzesła, ale nie przyjęła mojej pomocy. Nieco zawstydzona, poczłapała za mną. Może i widzieli mnie tutaj już z Soujirou, ale przecież nikt nie mógł mieć pewności, czy aby na pewno jestem mu wierny i nie będę zainteresowany jakąś uroczą mniszką. W każdym razie to dziewczę z pewnością brało pod uwagę taką możliwość.
Przeszliśmy półotwartym korytarzem i zeszliśmy w ścieżkę krzewów różanych.
- Paniczu kokko? - zaczęła w końcu nieśmiało dziewczyna po dłuższej chwili marszu w milczeniu.
- Ach, no tak. Gdzie moje maniery - uśmiechnąłem się uwodzicielsko. Nie wiem, co teraz działo się w głowie mniszki, ale ja bawiłem się świetnie. Jej reakcje były takie niewinne, wręcz dziecięce. I zdecydowanie niepasujące do przyszłej przeoryszy. - Hei Guyie - stwierdziłem, wyciągając dłoń.
- Yuzuka Hoto… znaczy się Lao. Przepraszam, paniczu kokko - dziewczyna wyraźnie była speszona. Chwyciłem jej dłoń mocniej zanim zdążyła ją cofnąć i przystawiłem sobie do ust, całując jak na europejskich filmach. Lao była niemal tak czerwona jak róże na lewo od jej stóp.
- Wystarczy Hei. Nie bądźmy takimi formalistami - puściłem do niej oko i zwolniłem uścisk.
- Ale paniczu kokko! Tak przecież nie wypada zwykłym ludziom do… - dziewczyna zawahała się.
- Do bogów, co? - prychnąłem zniesmaczony. Zupełnie nie wiedziałem, co Horacio widziała w tej dziewczynie. Przecież to aż nazbyt zalatywało jakąś prowokacją. Zupełnie, jak gdyby Horacio chciała, żebym… i właśnie w tym momencie zrozumiałem, co wymyśliła ta stara mniszka. - Widzisz, kochana, jednego aktora już mam w swoim towarzystwie - oznajmiłem, upewniając się, że telefon mam schowany w kieszeni spodni, a nie zostawiłem go w pokoju. Sztylet od Xin’ai też zresztą wisiał mi przy pasku. - I to dużo lepszego aktora. Od razu widzę, że ktoś gra - No, powiedzmy, że widzę. - Możesz powiedzieć Horacio, żeby następnym razem trochę bardziej się postarała. Nie lubię kiepskich żartów. Trafisz sama z powrotem?
-T-tak, paniczu kokko - widziałem, że dziewczyna była przerażona moim odkryciem prawdy. W gruncie rzeczy nie chciałem się nad nią pastwić. Byłem pewny, że nie była niczemu winna i działała jedynie z polecenia Horacio. Wolałem popełnić nietakt, niż kazać spojrzeć w oczy przełożonej w mojej obecności.
- W takim razie pani wybaczy - ukłoniłem się dworsko i odszedłem, zostawiając dziewczynę samą.

~~^.^~~

Przeciągnąłem się i rozejrzałem jeszcze raz. Od prawie pół godziny siedziałem na zamszonym murku i czekałem, aż wreszcie podjedzie pode mnie Nicholas. Powoli już zaczynało mnie irytować rozstawienie nowego telefonu przy przeglądaniu na nim Internetu. Będę musiał rozejrzeć się za tabletem. Albo przynajmniej jakimś poręcznym rzutnikiem wirtualnym współpracującym z Hitachim.
W końcu z oddali wyłonił się czarny lincoln. Chwilę zajęło zanim zrównał się ze mną, powoli tocząc na wolnych obrotach. Bez słowa wsiadłem do środka i zapiąłem pas. Widziałem po Nicholasie, że coś się stało. Jeśli dotyczyło to Genusmuto, to sam zacznie rozmowę. Jeśli tej tajemniczej prywatnej sprawy, dla której znikał co kilka dni, decyzja też leżała po jego stronie.
- Mamy nowe ofiary - oznajmił w końcu, ale powiedział to zbyt beznamiętnym głosem, by był to powód jego zdenerwowania. - Jedna tanuki od Łowców i trójka ludzi od Neko-chan - dodał po chwili. „Neko-chan” - tak skrótowo zaczęliśmy mówić o Felis polującym na terenie Tokio. W sumie to zaczęło się od zgryźliwej uwagi Nicholasa w stosunku do Dmitrija i tak już zostało. - Tanuki to Hyouko Onitazuka. Niespełna pięćdziesiąt lat, pracowała jako sekretarka w niedużej firmie farmaceutycznej. Nie znam szczegółów, ale Aurelien mówił, że powinieneś ją kojarzyć.
- Onitazuka? - zerknąłem z ukosa na kierowcę, próbując skojarzyć nazwisko. - Onitazuka… Nic mi nie przychodzi do gło… a nie, wiem. O ile dobrze kojarzę, to jakaś Onizuka robiła kiedyś z Zu deale zaopatrzeniowe. Chyba. Mogę to jeszcze sprawdzić, jak Aurel potrzebuje informacji.
- Nie wyglądał na niedoinformowanego - odparł spokojnie Nicholas, skręcając w lewo. - Próbował odnaleźć jakąkolwiek rodzinę, ale wiemy tylko tyle, że albo nie posiadała nikogo bliskiego, albo skrzętnie to ukrywała.
- Stawiałbym na to pierwsze - stwierdziłem, zerkając na telefon. Miałem nieodebraną wiadomość od Soujirou. - Szczęśliwe mamusie dwójki dzieci nie wchodzą z własnej woli w szarą strefę.

Soujirou
Cos sie stalo Xiaogou. Musze po niego pojechac, nie matw sie, jak nas nie bedzie w domu. Wrocimy do mnie.
Wysłano o 16.32

Niezadowolony spojrzałem na zegarek. Była prawie osiemnasta, więc pewnie siedzieli już w domu. Obiecałem wrócić przed siedemnastą. Gdzie ten czas poleciał…?
- Daj mi sekundkę, muszę zadzwonić do Soujiego - nie czekając na odpowiedź, wybrałem numer do kochanka. Odebrał dopiero po trzecim sygnale.
- Hei, gdzie ty jesteś? Mówiłeś, że będziesz godzinę temu - słyszałem, że mężczyzna się denerwuje. Po raz kolejny dawałem mu powód do stresu. Notoryczne spóźnianie się zaczynało nam obu wchodzić w nawyk. Mnie i Nicholasowi.
- Wybacz skarbie. Zebranie mi się przeciągnęło i dopiero teraz jestem wolny. Nick mnie już podwozi - powiedziałem przepraszająco, uśmiechając się jak głupi do słuchawki telefonu. - Jesteście w apartamencie, tak?
- Tak. Ja, Xiaogou i mój ojciec. Czekam na ciebie - zmroziło mnie. Co takiego niby miałby mi do przekazania ojciec Soujirou, MĄŻ TEJ SUKI?!
- Nie licz na zbyt wiele - wycedziłem w końcu, powstrzymując się przed czymś jeszcze bardziej nieprzyjemnym. Zupełnie nie byłem w nastroju na rozgrzebywanie tej rany. Zwłaszcza po tym, czego dowiedziałem się od Xin’ai. - Co ze szczeniakiem? - zmieniłem temat, celowo używając japońskiego słowa.
- Miał mały wypadek i mój ojciec musiał się nim zająć w klinice. Wszystko już jest pod kontrolą. Opowiem ci, jak wrócisz - nie wiem, dlaczego, ale wydało mi się, że z jakiegoś powodu był to temat niewygodny dla Soujirou.
- Jak chcesz. Będę za jakieś pół godziny. Do zobaczenia, kochanie - rozłączyłem się i westchnąłem ciężko. - Podjedziemy pod jakiś spożywczak po drodze? - spytałem Nicholasa, nie odrywając wzroku od telefonu. Czułem, że jedynie alkohol poprawi mi humor. Dużo alkoholu. W dodatku mocnego.
- Nihonshu? - Nicholas zerknął na mnie znad kierownicy z łagodnym uśmiechem.
- Awamori <<nihonshu i awamori - rodzaje japońskiego alkoholu. Pierwszy jest znany w Polsce pod nazwą „sake”, drugi to dość mocny alkohol wywodzący się z Okinawy. Poprawiając Nicholasa, Hei ma na myśli większą zawartość procentową alkoholu w awamori; przyp. aut.>> - poprawiłem go i odwróciłem wzrok na ulicę. Automatycznie przeszła mi jakakolwiek ochota na rozmowy.